poniedziałek, 13 lutego 2012

Chapter 5.

Skierowałam się z powrotem do łazienki i odłożyłam ręcznik na półkę. Oczywiście starannie go złożyłam, bo jestem taka trochę pedantyczna.. Ubrałam szybko czystą, czerwoną bieliznę.. Tak, seksowną.. Została mi po tych chwilach, spędzonych z Ashtonem. Naprawdę go kochałam. No ale co zrobić. Nie mogę kochać skurwysyna! Nieważne. Postanowiłam się trochę rozkręcić i założyłam strój kąpielowy, duży, słomiany kapelusz, wzięłam torebkę, owinęłam sobie jakąś chustę wokół tyłka, żeby nie było i założyłam okulary przeciwsłoneczne. Włosy już mi trochę wyschły. Poszłam na plażę, zajęłam jakiś swój leżak i się rozłożyłam tuż nad wodą, tuż nad falami. Przy samym przypływie. Zaczęłam sobie smarować ciało olejkiem czy też balsamem przeciw promieniom słonecznym. Nie miałam tylko jak posmarować sobie plecy.
- Może pomóc? – usłyszałam głos gdzieś obok mnie. Odwróciłam się i zobaczyłam Justina.
- Tak, proszę – uśmiechnęłam się, odkryłam plecy i podałam mu olejek. Usiadł za mną okrakiem i zaczął delikatnie wcierać mi ten balsam. Robił to tak jakoś z uczuciem, spokojnie.
- Just… - zaczęłam, ale mi przerwał.
- Proszę, nie mów do mnie po imieniu, nie bez powodu mam okulary przeciwsłoneczne, bluzę i długie spodnie na sobie, nie chcę, żeby ktoś zobaczył mój tatuaż na nodze i na podbrzuszu.. Poznaliby mnie, a przecież nikt nie może wiedzieć, że tu jestem. Dlatego też nie chodzę z Kenny’m.
- A, dobrze. Przepraszam. Więc.. Derek – uśmiechnęłam się, bo on sam się kiedyś przecież tak nazwał dla jaj, kiedy ludzie go spotkali na ulicy. – Posłuchaj, Derek.. Nie chcę, żebyś sobie coś o mnie pomyślał. Ja nie chciałam tak cię kusić.. Znaczy wiesz.. Siedzieć obok ciebie półnaga. Nie chciałam cię też urazić jakoś tym zachowaniem. Przepraszam ..
- Ćśś.. Nic się nie dzieje. Nie masz za co przepraszać – chyba pierwszy raz od bardzo dawna się uśmiechnął. Sprawiło mi to przyjemność. Przecież kochałam jego uśmiech od kiedy pierwszy raz go zobaczyłam.. Był jak najpiękniejsze wykonanie mojej ulubionej piosenki, z którą wiążą się same miłe wspomnienia. 
- Czemu tak na mnie patrzysz? – zaśmiał się. Normalnie kurcze się zaśmiał. Dziwnie się wtedy poczułam, bo to dzięki mnie się zaśmiał. A przecież.. Minęły chyba 2 lata od jego ostatniego śmiechu.
- Patrzę na ciebie, bo jesteś bardzo przystojny, Derek. Nie mogę od ciebie oczu oderwać - powiedziałam śmiesznie i się uśmiechnęłam do niego.
- Przestań. Tylko mnie pocieszasz.. – zaczął mi mocniej smarować te plecy jakby był na mnie zły.
- Nie ‘przestań’ tylko ‘masz rację’. Jesteś o wiele przystojniejszy niż ten.. idiota – Ashton.
- Kutcher?
- Nie! Jaki Kutcher? Ashton.. No mój były Ashton. Mieliśmy wziąć ślub, a on z siebie zrobił męską dziwkę. Zdradził mnie – teraz to ja się wkurzyłam.
- Już dobrze. Możesz o nim zapomnieć. Ja ci pomogę o nim zapomnieć.
- Nie pomożesz. Ja nie umiem o nim zapomnieć. Skrzywdził mnie, rozumiesz? Zresztą po co ja to mówię jakiejś gwiazdce..
- Ej!! Tylko mnie tak nie nazywaj. Nie jestem żadną pieprzoną gwiazdką. Jestem normalnym człowiekiem!
- Przepraszam cię, ale jestem zła. Mogę być trochę niemiła dla ciebie, ale nic na to nie poradzę. Jak tylko pomyślę o Ashtonie to uświadamiam sobie, że każdemu facetowi urwałabym teraz jaja z zimną krwią za to jakimi kutasami są dla kobiet – próbował coś powiedzieć, ale mu przerwałam. – Tak, wiem. 2Pac był wyjątkiem. Ale on był jeden na 6 miliardów. Więcej takich nie ma na tym świecie.
- Przestań, ja nie jestem taki jak myślisz. Ja się wzorowałem na 2Pac’u, jeśli chodzi o związki damsko-męskie. Jak do tej pory źle trafiałem. I też mam takie zdanie o kobietach jak ty o mężczyznach.
Uśmiechnęłam się lekko w tej złości.
- Znam twoje imię. Chcesz poznać moje? – spytałam jak kurde z Sali Samobójców.
- Tak, chcę. Bardzo.
- Moonlight.
- Ale co „moonlight”?
- Mam na imię Moonlight. Mama mnie urodziła w nocy, spojrzała przez okno. Krzyknęła: „Moonlight!”, ja się rozpłakałam i tak mi zostało. No co tu dużo gadać..
- Ładnie. Oryginalnie.
- A tam, ja nie lubię mojego imienia. Zresztą.. Widzę, że ci się humor poprawił, więc lepiej chyba pójdę do mojego apartamentu.
Złapałam za moją torbę, założyłam kapelusz, okulary schowałam do torby i skierowałam się w stronę drzwi od hotelu. Pod samym wejściem poczułam jak Justin łapie mnie za rękę i ciągnie gdzieś. Gdzie? Wtedy nie wiedziałam.
- Gdzie ty mnie zabierasz?! – krzyczałam, ale mnie nie słuchał. Zaprowadził mnie na jakieś totalne odludzie, gdzie był ogromny wodospad.
- Noo.. I co z tym wodospadem? Piękny jeżeli o to chodzi, ale co poza tym?
- Nic. W sumie nic. Tu znalazłem Mark’a.
- Mark.. To ten mały chłopiec z hotelu?
- Tak, mieszka niedaleko w zaniedbanej dzielnicy.
- Ale czemu mnie tu przyprowadziłeś? No i czemu MNIE?!
- Bo tak. Wydałaś mi się osobą, która nadaje się na przyjaciółkę.
- Pyff.. Ja bym miała się przyjaźnić z tobą? A kim ty niby jesteś, żebym miała się z tobą przyjaźnić? – tu pojawił się mój udawany śmiech.
Justin złapał mnie mocno za nadgarstek i potrząsnął całym moim ciałem.
- Co ty robisz? – spytałam.
- Otrząśnij się! Nie jesteś taka. Nie jesteś suką, więc jej nie udawaj. Masz nikogo nie udawać. Masz być sobą inaczej magia przestanie istnieć.
- Co? Jaka magia? Co ty pieprzysz? Poza tym nie znasz mnie i nie możesz wiedzieć jaka jestem naprawdę.
- Widzę to w twoich oczach – spojrzał mi głęboko w oczy, założył kaptur na głowę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz