wtorek, 19 czerwca 2012

Chapter 16.


Po piętnastu minutach, spędzonych na przygotowywaniu sałatek, usłyszeliśmy pukanie.
- Ja otworzę – powiedział Harry i odłożył nóż oraz sałatę, którą właśnie kroił. Wyszedł z kuchni, a ja poszłam za nim. Za drzwiami stała Jamie. Była ubrana jak królik. Miała z tyłu jakiś ogonek, różowe szpilki i wyprostowane włosy, w których umieszczona była opaską z biało-różowymi uszami. I ja, i Harry otworzyliśmy szeroko oczy i zaniemówiliśmy.
- Obudziłam się w barze.. na stole. Wokół było mnóstwo facetów, zwymiotowałam i kazali mi spadać. W końcu znalazłam ten cholerny dom Ashtona. Muszę się szybko przebrać! – Wbiegła do środka i zatrzasnęła za sobą drzwi. Harry cały czas gapił się na jej tyłek.
- Jasne, już, zaraz ci coś przyniosę, a ty zdejmij uszy, ogon i te szpilki.
Pobiegłam szybko po schodach do garderoby Ashtona i zaczęłam szukać czegoś, co by mogła założyć. Wróciłam na dół z granatowymi spodniami i marynarką.
- Powinno być dobre, był w tym na studniówce – zaśmiałam się i podałam to jej. – Kurde, Harry, daj jej już spokój. Zaraz wyparuje jak będziesz w ten sposób na nią patrzył. – Uśmiechnęłam się, a Jamie pobiegła do łazienki.
- No.. Co tu dużo mówić.. Ma fajny tyłek, ale nie tak fajny jak ty. – Zaczął się złośliwie śmiać i klepnął mnie w tyłek.
- Ej! Nie wolno tak!
- Mi wszystko wolno. – Przymknął oczka i się wyszczerzył rozkosznie.
- Panie Harry, czy pan mnie podrywa? – uśmiechnęłam się i szturchnęłam go w ramię piąstką.
- Tak, za wszelką cenę – szepnął i spojrzał na podłogę.
- Ale ja już jestem zajęta.. – odmruknęłam. Złapał mnie zadziornie i wziął na ręce.
- A mnie to nie obchodzi, on na ciebie nie zasługuje.
- A ty zasługujesz? – spytałam, pomachałam nogami i złapałam się jego szyi, żeby nie spaść na ziemię. Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Przerwała nam Jamie.
- O, już się przebrałaś! – krzyknęłam i zeskoczyłam z niego.
- Y.. Tak. A co tu się dzieje? Chcecie mi o czymś powiedzieć?
- Co? Nieee.. – pokręciłam głową i wróciłam do kuchni w celu dokończenia sałatki.
„..Baby, you light up my world like nobody else, the way that you flip your hair gets me overwelmed..”
Styles zaczął śpiewać What Makes You Beautiful, a ja żeby go przygłuszyć pobiegłam do salonu i puściłam Never Shout Never. Oblizałam palce od majonezu i poszłam do toalety je umyć. Po drodze do kuchni wyjęłam z komody trzy miseczki. Nałożyłam na nie te sałatki, Jamie umyła noże i deskę do krojenia, a Harry wyłączył muzykę w salonie i włączył telewizor, rozłożył wygodnie poduszki i czekał na nas. Podałam mu jedną mizkę, drugą Jamie, a trzecią sama wzięłam. Usiedliśmy na tej kanapie, Harry w środku, a my po bokach. Wtuliłyśmy się w niego, a on włączył komedię romantyczną z Hugh Grantem i Julią Roberts. Wyrwałam mu pilota z ręki i przełączyłam  na MTV Live HD. 
- Patrz, Ashton! – krzyknęła Jamie i przykleiła się do ekranu.
- Stara, faktycznie! – wrzasnęłam i wybiegłam z domu, żeby poszukać Ashtona. Skierowałam się do centrum miasta, zobaczyłam jakąś kamerę, więc za nią pobiegłam. Za rogiem odbywała się jakaś gala. Od razu zobaczyłam Ashtona i chciałam do niego podbiec, ale kiedy ruszyłam przed siebie ktoś mnie pociągnął do tyłu i zakrył mi usta dłonią. Upadłam do tyłu, ale zostałam złapana przez tą osobę w locie. Promienie słońca nie pozwalały mi dojrzeć kto to był. Dopiero po paru sekundach skapnęłam się, że to Justin. Milczałam i patrzyłam mu w oczy jak zaczarowana. Po chwili uniósł lekko kąciki ust, żeby się uśmiechnąć i postawił mnie do pionu. Nie potrafiłam nic z siebie wykrztusić. Nic. Ani słowa. Justin spuścił wzrok i przygryzł dolną wargę, a ja się w końcu opamiętałam.
- Yy.. Znalazłam Ashtona! – krzyknęłam.
- Tak, widzę – zaśmiał się.
- Czemu.. Czemu mnie zatrzymałeś?
- Właśnie udziela wywiadu, chyba nie chcesz mu przeszkadzać?
- A no tak, racja. – Uśmiechnęłam się lekko i nieśmiało i obróciłam w stronę Ashtona. Właśnie skończył wywiad i opuścił mikrofon. Podbiegł do mnie i cmoknął mnie w policzek.
- Cześć, kochanie. Przepraszam, że ci o tym nie powiedziałem, ale rano obudziłem się spóźniony, a was nigdzie nie było. Szybko wyjąłem jakieś ubrania z szafy z przedpokoju i przybiegłem tu. Gdzie wy byliście?
- No.. My.. W sensie.. Ja, Harry, Chaz i Niall?
- Jak to? A co oni tam.. A tak! Dzwoniłem do nich! Zapomniałem! Ale.. Jak.. Chcesz mi powiedzieć, że spaliście w jednym pokoju?
- Wiem, że to nieciekawie wygląda, ale.. Sam też pewnie nic nie pamiętałeś, prawda? A mówiłąm, żeby nie zażywać tych gówien!
- No przepraszam bardzo, królewno, ale to ty zaczęłaś.. – westchnął i spojrzał na Justina. Wcześnij jakby go nie zauważył. Bieber podrapał się w kark i widać po nim było, że czuł się nieswojo.
- Posłuchaj.. Chciałem..
- Chciałeś mi znowu powiedzieć, że nie powinienem być z Moon?
Spojrzałam na Justina zdziwiona, a Ashton objął mnie jedną ręką, jakby zaznaczał, że jestem jego własnością.
- Nie.. Chciałem cię przeprosić za moje zachowanie.. Nie powinienem był..
- Jasne, jasne. Przepraszać to sobie możesz. Ja to mam w dupie. Głęboko, rozumiesz? Moonlight jest moja i powinienem z nią być. Wystarczająco długo się naczekałem, nie mogę teraz się z nią rozstać, rozumiesz? A twoje pieprzenie, że nie powinniśmy być razem jest naprawdę zbędne. Prawda, Moon? – zwrócił się do mnie, a ja się od niego odsunęłam.
- Kolejny raz mam odejść ze słuchawkami w uszach? Żartujecie sobie? Justin, nie wchodź z butami w moje życie. Chciałam być z Ashtonem i to moja sprawa, a nie twoja! Nie ingeruj w mój związek!
- Właśnie – dodał Quagmire.
- A ty co? Myślisz, że jesteś lepszy? Traktujesz mnie jak jakąś zabawkę! Nie jestem twoją własnością. I jak ci zależy tylko i wyłącznie na seksie to możesz sobie poczekać do końca życia, bo ode mnie na pewno nic nie dostaniesz.
Ashton wystawił rękę do mnie, żeby mnie złapać, ale zrobiłam unik i walnęłam go z otwartej. Momentalnie do oczu zaczęły mi napływać łzy i kumulować się tam jak kłębki waty cukrowej w wesołym miasteczku.
- Quagmire! Zaraz wchodzimy! – krzyknął kamerzysta. Ashton się odwrócił do niego, a ja w tym czasie ruszyłam w zupełnie inną stronę. Uciekłam od niego, nie chciałam go znać. Pobiegłam na plażę. Olałam wszystko. Ryczałam jak nienormalna. Nic się dla mnie nie liczyło. Wszystko straciło sens i jakiekolwiek znaczenie. Czułam się jednocześnie żałośnie i prymitywnie. Wiedziałam, że rozmazuje mi się tusz i że wyglądam okropnie. Upadłam za jakąś skałą na sam brzeg, gdzie docierały fale morza. Zaczęłam krzyczeć. Na szczęście w pobliżu nie było nikogo. Przynajmniej tak myślałam dopóki nie poczułam chłodnej dłoni na policzku. Z myślą, że to Ashton pobiegłam głębiej w wodę. Zanurzyłam się i wynurzyłam. Wyglądałam okropnie. Bynajmniej tak mi się wydawało. Tusz rozmazany, ciuchy mokre.. Kompletna beznadzieja. Schowałam twarz w dłonie i nie przestawałam płakać.
„Across the ocean, across the sea.. starting to forget the way you looked at me…”
„Don’t you worry, cuz everything’s gonna be alright, be alright..”
„For you I would walk a thousand miles..”
„You know that I care for you, I’ll always be there for you, promise I’ll stay right here..”
Już wiedziałam kto to był. Tylko jedna osoba byłaby w stanie śpiewać mi piosenkę „Be Alright” na pocieszenie. Tylko jedna osoba mogłaby mieć tak idealny i delikatny głos. Głos, przez który słyszałam drżenie strun głosowych. Drżenie, spowodowane strachem. Nie wiem czego Justin się bał, ale bał się na pewno. Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Wtulił mnie w swoją klatkę piersiową i pocałował w głowę.  Nadał mi śpiewał tą magiczną piosenkę, a przestał dopiero wtedy, kiedy się delikatnie uśmiechnęłam. Podał mi chusteczkę, a ja się wytarłam.
- Ale ty ślicznie wyglądasz – zaśmiał się i zaczął mi wycierać rozmazany tusz.
- Bardzo śmieszne, no naprawdę, gratuluję humoru. – Zachichotałam uroczo i podniosłam się na duchu. Wyszłam z wody, ciągnąc za sobą Justina i poszłam z nim do naszego pokoju hotelowego.
- Co z resztą nieodnalezionych imprezowiczów? – spytał w końcu.
- Szczerze mnie to chuj obchodzi. Na pewno się znajdą. Ja mam swoje problemy teraz. Sarah, Jamie i Katie sobie poradzą beze mnie. Może spotkam się z nimi za tydzień. Teraz muszę odpocząć po tym, co przez nich przeżyłam. Chyba straciłam dziewictwo, i nawet nie wiem, z którym z nich.. Rzygam już wszystkim. Po prostu mi niedobrze od tego.. Muszę wziąć prysznic. Albo nie.. Lepiej się położę w wannie. Chcesz ze mną? Boże, co ja gadam, już z tej depresji nie panuję nad sobą..
- Ćś.. Poczekaj, czemu właściwie tak naskoczyłaś na Ashtona? Przecież..
- Justin, nie roztrząsajmy tego. Ashton to skurwiel. Od samego początku zależy mu tylko na jednym i chce tylko mnie zaliczyć. Nie ma co się oszukiwać. Jako przyszły mąż już dla mnie nie istnieje. A teraz przepraszam, ale idę do łazienki.
- Poczekaj, musisz wiedzieć, że zamek nie działa.
- Co? Jak? Co ty z nim robiłeś? – Zaczęłam się śmiać.
- Ja nic. Po prostu.. No nie wiem.. Dobra, jakoś źle przekręciłem i się zjebał. No nie moja wina no! – zaśmiał się i walnął na swoje łóżko.
- Dobra, nieważne – westchnęłam, ledwo opanowując śmiech. Wyjęłam z szafy jakąś czystą bieliznę i koronkową, białą sukienkę z krótkim rękawem i falbanami. 
Wzięłam klamrę do włosów i jakiś biały kwiatek oraz długie srebrne kolczyki. Zabrałam wszystko ze sobą do łazienki i zamknęłam drzwi. Napuściłam wody do wanny i się rozebrałam. Po tylu wrażeniach bardzo potrzebna mi była orzeźwiająca kąpiel. Szczerze mówiąc trochę mnie niepokoiły te niezamknięte na klucz drzwi. Ciągle mi się wydawało, że ktoś.. No dobra, Justin, wchodzi do środka i się na mnie patrzy jak idiota. Nie wiem, zawsze muszę mieć jakieś posrane myśli. Tak już mam.
- Moony, wszystko w porządku? – Usłyszałam zza drzwi głos i pukanie. Wystraszyłam się i aż podskoczyłam w tej wannie.
- Co? Tak! Tylko tu nie wchodź! – krzyknęłam.
Po chwili ciszy Justin zdecydował się odezwać i przełamać dziwną ciszę.
- Nie zamierzałem wchodzić. Chociaż wtedy bylibyśmy kwita, bo ty mnie nagiego już widziałaś.. – westchnął. Usłyszałam jak opiera się o drzwi. – Słuchaj.. Bo.. No jest tu pewien problem, bo dzwonił facet z recepcji i mówi, że jakiemuś klientowi, który ma pokój pod nami przecieka sufit.. No i widzę, że pod drzwiami też trochę przecieka. Dlatego się zmartwiłem czy jeszcze żyjesz. Lepiej zakręć już tą wodę.
Przestałam słuchać co mówił i szybko się rozejrzałam wokół. Na podłodze było wody do kostek, wszystko było mokre, nawet ręczniki, które położyłam na kafelkowych schodkach przed wanną. Prędko zakręciłam kurek i ubrałam się w przygotowane wcześniej ubrania. Otworzyłam pospiesznie drzwi i poślizgując się na mokrej podłodze wylądowałam znowu w rękach Justina, patrząc mu w oczy.
- Yy.. Przepraszam, przysnęłam trochę chyba. – Poprawiłam się do pionu i spojrzałam na kałuże wody, jakie po sobie zostawiłam w toalecie. Wtedy przyszedł ten cały facet z recepcji. Justin otworzył drzwi, a ja zaczęłam ogryzać paznokcie ze stresu.
- Nie jest aż tak źle jak myślałem.. Ale trzeba będzie za to wszystko zapłacić. No i oczywiście będą państwo musieli zmienić pokój – stwierdził wysoki mężczyzna i spojrzał na mnie. – To pani sprawka, prawda?
- Tak, niestety moja. – Wyjęłam palce z buzi i przyjęłam czek, który wypisał mi ten typ. Wyszedł z pokoju, a ja opadłam na łóżko z rozchylonymi ustami.
- Coś nie tak? – spytał Justin, siadając obok mnie.
- Spójrz.
Podałam mu świstek papieru z 5-cyfrową liczbą i opadłam do tyłu na łóżko. Leżałam tak na plecach z rękoma na twarzy aż usłyszałam, że Bieber coś do mnie mówi.
- Jeżeli to dla ciebie tak dużo to ja mogę zapłacić.
- Justin, po pierwsze.. No tak, to dużo, zwłaszcza, że rzuciłam pracę niedawno i jestem bezrobotną fotografką. Po drugie.. Nie możesz za mnie zapłacić, bo to moja wina. A po trzecie, ty już płacisz za noclegi w tym hotelu, więc nie przesadzaj z tą uprzejmością. Nie udawaj, że cię obchodzi co się ze mną dzieje, bo i tak sam dobrze wiesz, że jak skończy nam się urlop to ty ruszysz w trasę, a ja wrócę do domu i już nigdy się nie spotkamy.
- A więc tak widzisz naszą przyszłość?
- No.. Wydaje mi się, że nie ma czegoś takiego jak ‘nasza’ przyszłość. Jest moja i twoja, ale naszej nie ma. O czym sam dobrze wiesz. Co innego, gdybyśmy się kochali, ale tak nie jest. Dlatego nie możesz za mnie płacić. Po co masz tracić pieniądze na jakąś przypadkowo-napotkaną kobietę, która ma tylko ubrania i aparat. Nawet mieszkania już nie mam, bo moja gazeta się tym zajmowała, a jak już do niej nie należę to.. Cóż..
- Ale co ty w ogóle mówisz? Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Pamiętasz w jakim stanie byłem zanim cię tak poznałem? Pamiętasz? Te podkrążone oczy, alkohol, papierosy i podcięte żyły. Moonlight.. – Złapał mnie za rękę i spojrzał mi w oczy. – Zmieniłaś mnie i stałaś się najważniejszą częścią mojego życia, przywróciłaś mu blask i sprawiłaś, że wciąż chcę żyć. Chociażby dlatego, że mogę cię codziennie widywać. Bardzo bym chciał, żebyś zamieszkała ze mną w Californii.. Zwłaszcza, że nie masz mieszkania. Wiesz.. Dla mnie istnieje coś takiego jak ‘nasza przyszłość’. Ale musimy sami ją stworzyć, bo ona nie przyjdzie o własnych siłach.
Słuchałam uważnie jego słów i przypomniało mi się jak parę dni temu zareagował na wieść, że go kocham. Ta myśl zmieniła moje podejście.
- Justin, ja nie chcę z tobą mieszkać. Nie mogłabym, rozumiesz?
- Ale.. Kurwa, Moonlight! Robiłam wszystko, starałem się, pokazałem ci prawdziwego siebie, żebyś tylko mnie zostawiła, jak każda inna dziewczyna. A ty co? Czemu taka jesteś? Czemu polubiłaś moje wady? Czemu mnie nie zostawiłaś?!
- Chciałeś zostać sam?
- Nie. Nie chciałem zostać sam. Ale nie chciałem, żebyś mnie polubiła. Z jednej strony chcę, żebyś ze mną mieszkała i w ogóle, ale z drugiej.. Moon.. Ja.. Ja cię kocham. Ja cię kurwa kocham. I nie potrafię żyć w ten sposób.
- Czemu nie potrafisz? Przecież ja też cię kochałam. Mówiłam ci, ale nie chciałeś słuchać..
- Słońce, ja marzyłem, żebyś tylko to powiedziała. Wszystko się zmieniło kiedy to powiedziałaś.
- Jak to?
- Po prostu. Ja kocham ciebie, ty kochasz mnie. Proste. Tylko, że nie możemy być razem. To niemożliwe. Nierealne.
- Ale dlaczego?
- Ja pierdolę! – krzyknął i wstał z łóżka, puszczając moją dłoń. Zaczął się nerwowo kręcić w kółko, przygryzając dolną wargę. Myślał.
- Moon. Czy ty naprawdę tego nie rozumiesz?!
 - Ale czego? Mów jaśniej! Bo nie wiem o co ci chodzi. Coś ze mną nie tak?
- Nie, nie. Jesteś idealna. Jak ze snu.. Jak z jakiegoś zajebistego snu, w którym spełniają się wszystkie marzenia. Jesteś marzeniem, powodem, dla którego warto wstawać rano i witać nowy dzień. Jesteś jak miód na życie, lek na rany.. Jak.. No nie wiem jak co. Jesteś po prostu.. Nie wiem. Nie umiem tego określić. Zawładnęłaś moim życiem i zrobisz co chcesz. Ale.. No nie! Przecież.. Tobie ze mną będzie źle.
- Co? Czemu? Justin, przestań tak mówić. W czym problem do cholery?! – wrzasnęłam.
- W tym, że ja na ciebie nie zasługuję, rozumiesz? Nie mam ci nic do zaoferowania. Jestem nikim. Mam tylko kupę forsy, nic więcej. W każdej chwili mogę powrócić do sławy, do kariery i do wszystkiego tego, co kocham. Ale nie zrobię tego! Czemu?! Bo jestem bezwartościowym dupkiem! Ktoś taki jak ty nie może być ze mną! Po prostu nie może.. I tyle.
Opadł bezwładnie na swoje łóżko. Był zrezygnowany i miał całą czerwoną twarz. Jego nerwy powoli się uspokajały, kiedy ja milczałam. Obrócił się najpierw w stronę ściany, coś wymamrotał i znowu spojrzał na mnie. Położył dłoń na swoim brzuchu, a drugą złapał mnie za rękę.
- Ale to nieważne. Jakoś dam radę żyć ze świadomością, że mieszkam z dziewczyną, która jest moim marzeniem. Może i nie będziemy razem, ale przynajmniej będę cię miał przy sobie. – Uśmiechnął się smutno, a ja wyrwałam dłoń z jego uścisku.
- Justin! Jak ty do diabła możesz wgl pomyśleć, że nie masz nic do zaoferowania?! Jak? Nie wystarczy ci to, że cię kocham?! Nie wystarczy?! Czy moja miłość to tak mało? Czego chcesz więcej? Bo oprócz miłości nic ci nie dam. To ja nie mam nic więcej. A ty? Masz miłość, zaufanie, troskę i humor.. Wszystko, czego potrzebuję do życia. Możesz mi odebrać powietrze, ale nie siebie. Uważasz, że ja bym się dobrze czuła, wiedząc, że mam zamieszkać z chłopakiem, będącym spełnieniem moich marzeń i jednocześnie utrapieniem, bo myśląc, że na to nie zasługuje, odrzuca moją miłość? Nawet nie wiem czy dobrze gramatycznie brzmią moje zdania! I chuj mnie to teraz obchodzi! Coś ci nie pasuje w życiu?! To idź się zabij. Skocz! Ale wiedz, że ja skoczę za tobą i nawet się nie zawaham.
Wpatrywał się we mnie. Nie wytrzymywałam tego milczenia. Nie miałam pojęcia co sobie pomyślał o tym, co mu powiedziałam i nie wiedziałam czy w ogóle to, co powiedziałam miało jakiś sens. Podrapałam się po karku i wstałam. Skierowałam się w stronę kuchni, żeby nalać sobie coś do picia, w celu ochłonięcia. Ale usłyszałam skrzypienie łóżka. Bieber wstał. Zatrzymałam się w połowie drogi do lodówki z napojami i stałam tak jak nienormalna. Wnet poczułam na sobie oddech Justina. Był zimny i niespokojny. Przejechał od mojego karku aż do policzka. 
Zamknęłam oczy i poczułam jak mnie obejmuje. Przybliżył się do mnie jeszcze bardziej, aż przeszły mnie okropne dreszcze. Rozchyliłam usta i zaczęłam oddychać tym samym powietrzem co on. Podniosłam lekko dłonie i oparłam je o jego tors. Nie chciałam się uśmiechnąć, tańczyć z radości ani płakać. Nie czułam niczego takiego chyba nigdy. Odchyliłam lekko powieki i spojrzałam na jego usta. Justin objął moją twarz dłońmi i spojrzał mi w oczy. Podniosłam wzrok i nasze zmysły spotkały się w jednym miejscu. Zetknęły się ze sobą. Powoli i delikatnie przechyliliśmy głowy, każde w inną stronę. Bardzo ostrożnie przysunął moją twarz bliżej swojej i z pewnego rodzaju troską musnął leciutko moje usta. Jakby całował motyla. Był niezwykle wrażliwy pod tym względem. Pogładził palcami moje policzki i uśmiechnął mi się w usta. Cmoknął je mocniej i chyba mu się spodobało, bo zaczął pogłębiać pocałunek, chichocząc jak małe dziecko, bawiące się nową zabawką. Opuścił ręce i zjechał nimi na swój tors, dotykając moich dłoni. Pociągnął je do góry i położył na swoich ramionach, żebym objęła jego szyję. Sam położył ręce na moich biodrach i zaczął mnie namiętnie całować. Tonęłam w jego ustach jak w Oceanie Miłości. Mogłam umrzeć. Czułam, że znalazłam to, czego szukałam całe życie. I odnalazłam nie tylko nową przyjemność z całowania, ale też kogoś, kto będzie się troszczyć o mnie tak mocno, jak ja o niego.
Raj. Eden. Kraina mlekiem i miodem płynąca. Oaza na pustyni. Sama nie wiem jak nazwać to uczucie. Tak jakoś.. Kiedy go całowałam poczułam coś więcej niż miłość. Jakby cały świat się zatrzymał i czekał aż skończymy darzyć się subtelnymi i rozkosznymi całusami.
Znalazłam szczęście i powód do życia. A ty? Jeśli tak, to nie bój się o niego walczyć. Inaczej nie masz po co żyć, prawda?

piątek, 15 czerwca 2012

Chapter 15.




- Moon, obudź się.. – Zaczęłam słyszeć jakieś szepty. – Moon, otwórz oczy.. – Szepty zmieniały się w normalne słowa. Wtedy poczułam jakieś szturchanie i obróciłam się na drugi bok. – Kurwa, Moon! – Ktoś się wydarł i czułam tylko, że spadam. Szybko wylądowałam, ale i tak bolało. Powoli otwierałam zamroczone oczy. Przeniosłam się do pozycji siedzącej i zaczęłam wycierać „śpioszki” dłonią. Wówczas ujrzałam Chaza. Siedział na łóżku, z którego spadłam i trzymał się za głowę, przykryty do pasa kołdrą. Rozglądałam się po całym pomieszczeniu i miałam wrażenie, że cała ziemia się trzęsie.. 
- Czy my kurwa żyjemy w Jurajskim Parku? – spytałam i wstałam leniwie. Spojrzałam na szafę. Była na niej.. błękitna koszula Ashtona. Ta sama, którą ja miałam na sobie. I.. nie miałam jej już na sobie..
- Ja pierdolę! Chaz! – wrzasnęłam i zakryłam się szybko jakimś kocem.
- Fajny tyłek – zaśmiał się.
- Ej, to nie jest śmieszne. Co tu się działo?
- Myślisz, że ja pamiętam? No proszę cię..
Chwycił RedBulla, stojącego na szafce obok łóżka i się napił. Otworzył szeroko oczy i potrząsnął głową, próbując się wybudzić z tego stanu.
Nagle pościel obok Chaza zaczęła się ruszać. Wystraszyłam się i owinęłam tym kocem jeszcze bardziej.
- Byłaś zajebista, Moonlight – usłyszeliśmy czyjś głos. Akcent był znajomy, głos też.. Ale nie wiedziałam do kogo należał. Chaz złapał powoli tą kołdrę i ją odkrył.
- O kurwa! – krzyknęłam i cofnęłam się dwa kroki do tyłu. To był.. Harry Styles. Nie wierzyłam własnym oczom. Podniósł się lekko, poprawił grzywkę i się do mnie uśmiechnął słodko. Złapałam się za buzię. Wówczas z łazienki obok tej sypialni wyszła kolejna osoba.. Kolejny chłopak. 
- Niall?! – wrzasnęłam  i zaczęłam przecierać oczy z niedowierzaniem.
- Hmm? – mruknął i czyścił zęby szczoteczką. Miał na sobie jedynie ręcznik.
- Ale.. jak? Co? Czemu? Kiedy? Yy.. – W głowie miałam nawał myśli. Nie kontaktowałam. Uklękłam na podłodze. Wszyscy trzej się do mnie zbliżyli bardziej. Harry złapał mnie za rękę. – Co ja zrobiłam? – spytałam ze strachem w oczach.
- Moon, my też nie pamiętamy co się wczoraj działo – zaczął Niall. - Właściwie to wczoraj i przedwczoraj. Czekaliśmy aż się przebudzisz. Ja wstałem parę godzin temu, Harry godzinę, a Chaz teraz. A jedyne co ja pamiętam to to, że dzwonił do mnie jakiś prezenter radiowy i zaprosił nas, cały zespół, do siebie na wywiad. Jak przyszliśmy tańczyłaś na stole w kuchni, wywijając stanikiem z piwem w ręku, Chaz krążył z prochami.. No też chcieliśmy spróbować. Weszliśmy do tej chaty i zostaliśmy..

- I spójrz na kalendarz w komórce. – Harry podał mi moją komórkę z półki. – Minęło jakieś 48 godzin od czasu kiedy wzięliśmy te prochy. Musiały być bardzo mocne.
- A widzieliście w ogóle Ashtona, Jesse albo kogoś z mojej ekipy?
- Nie. Nie wychodziliśmy z tej sypialni. Liama, Louisa i Zayna też nie ma. Jesteśmy w ciemnej dupie. I tyle! – podsumował Chaz.
Przez następne pięć minut licytowaliśmy się przekleństwami. Niall wreszcie poszedł do łazienki i przebrał się w jakieś ubrania Ashtona, które znaleźliśmy w jego szafie. Potem Harry się przebrał. Wyszedł z łazienki z jedną skarpetką. Zaczęłam się z niego śmiać.
- No co?
- Nic, nic. Jak wolisz to chodź w jednej.
- Co? Aa.. Gdzie jest druga? – Zaczął się śmiesznie kręcić w kółko. Podniosłam skarpetkę z podłogi i podeszłam z nią do niego, ściskając koc, będący moim jedynym okryciem. Styles się jedynie uśmiechnął i włożył brakującą część garderoby na stopę. Chaz wsunął na dupę jakieś rybaczki z szelkami z flagą Wielkiej Brytanii i luźną, czarną koszulkę z rażąco-pomarańczowym napisem „Hips don’t lie”. Nadeszła moja kolej na przebranie się. Wyjęłam z jego szafy białą koszulę od garnituru i czarne rurki z łańcuszkiem przy pasku. Plus musiałam wziąć jakieś jego bokserki. Nie mogłam przecież być bez bielizny. No bo.. No bez jaj!
- Idź się przebrać, a my pójdziemy ich poszukać na dół i na zewnątrz – powiedział Niall. Pokiwałam głową i weszłam do łazienki. Zamknęłam się na klucz, tak w razie czego, i wzięłam szybką kąpiel. Podeszłam do okna i zaczęłam wycierać włosy ręcznikiem. Włożyłam na siebie te bokserki, spodenki i koszulę. Była na mnie trochę za duża i brakowało ostatniego guzika, więc dziwnie to wyglądało. Założyłam ją w spodnie, żeby aż tak wieśniacko się nie prezentować. Wtedy zobaczyłam przez szybę znajoma kurtkę skórzaną. Z początku myślałam, że mam jakieś zwidy. Szybko wyleciałam z tej toalety, zapinając rozporek i zbiegłam po schodach, otworzyłam drzwi. Znowu się bałam. Obawiałam się, że właściciel kurtki skoczył z klifu. W końcu miał skłonności do samobójstw.
- Justin! – darłam ryja tak głośno, jak tylko się dało. Dobiegłam do samego brzegu i podniosłam z ziemi kurtkę. Spojrzałam w dół, ale nie zobaczyłam nic. Woda naturalnie obijała się o kamienny klif, omijając potężne i ostre skały. Nigdzie nie było ciała. Nic. Kompletna pustka. Pieniące się fale tak mocno uderzały o piaskową ścianę, że czułam na twarzy letnią bryzę. Wpadłam w płacz. Rozpaczliwy i głośny. Jakbym straciła coś najważniejszego, co napędzało mnie do życia. Zaczęłam szeptać jego imię w kółko. Opadłam kolanami na ziemię i okryłam się jego kurtką, nie przestając łkać. Nagle usłyszałam jego głos. Szeptał moje imię. Myślałam, że to znowu omamy. Wytarłam policzki od łez, wzięłam głęboki wdech, wstałam i cofnęłam się dwa kroki do tyłu. Włożyłam na siebie skórzane okrycie i chciałam się rozpędzić, żeby skoczyć. Chciałam zginąć tak jak on. Za niego. I za to co do niego czułam.
- Stój, Moony! – usłyszałam za plecami i poczułam chłodną dłoń na swoim nadgarstku. Złapała mnie w ostatniej chwili przed skokiem. Odwróciłam się prędko i spojrzałam na rozpromienioną twarz.
- Justin, ty.. Ale.. Myślałam.. – Przytknął mi palec do ust i się we mnie wtulił. – Spokojnie, wiem, że ci było zimno i musiałaś założyć tą kurtkę. Nie gniewam się..
Najpierw zastanawiałam się czemu udawał, że nie chciałam skoczyć, potem zastanawiałam się czy czuł moje piersi, kiedy się tak przytulał, a na końcu zaczęłam myśleć nad tym co on w ogóle tam robił. Musiałam go o to zapytać.
- Skąd ty się tu wziąłeś? Hm? – szepnęłam mu do ucha. Wyobraziłam sobie, że odpowiada, że wziął się tam z nieba, że przyleciał na białych skrzydłach, że jest aniołem i chce mnie zabrać do raju. Żałosne, że ktoś w moim wieku jeszcze może mieć takie myśli. Ale w gruncie rzeczy całe życie jesteśmy dziećmi i uczymy się, głównie na własnych błędach.
- Chciałem przeprosić Ashtona za tą bójkę i jakoś się z nim pogodzić. Ale przechodząc tędy zauważyłem jedynie ciebie w łóżku z Chazem, który podobno jest moim przyjacielem.
Co go właściwie interesowało to z kim ja sypiam?! Oczywiście była opcja, że wcale nie straciłam tego mojego diamentowego dziewictwa, no ale nie oszukujmy się.. Co mogła robić naga dziewczyna z co najmniej trzema nagimi chłopakami? I to takimi, a nie innymi!
- Jak to ‘podobno’?
- No.. Yy.. Nieważne. Zapomnij o tym. Przejęzyczyłem się.
- Dobra. Ale.. Posłuchaj, naprawdę nie wiem co tu się działo przez ostatnie 48 godzin.. Nie mam zielonego pojęcia. Nigdzie nie ma Jessego, jego dziewczyny..
- Demi.
- Co ‘Demi’?
- Tak ma na imię jego dziewczyna.
- A ty skąd to wiesz?
- Jestem z nim w fundacji, pamiętasz? – spojrzał na mnie śmiesznie i złapał mnie za dłoń.
- A, przepraszam, faktycznie. Nie wiem, coś ostatnio nie kojarzę. W ogóle jakaś jestem.. nienormalna. – Podrapałam się nerwowo po karku i wtuliłam bardziej w jego rękę, zaczęliśmy iść w stronę domu Ashtona.
- Owszem, jesteś nienormalna, ale w twoim wykonaniu to wyjątkowo słodkie – zaśmiał się. Mój Boże, jak mi się podobał jego uśmiech! Niemalże oszalałam. Chyba mi jajniki eksplodowały… Aż odwrócił wzrok w stronę drzwi i puścił moją dłoń. – Przepraszam, to niestosowne. Masz narzeczonego – westchnął i poszedł do środka.
- Jesse! Demi! Jesteście! Martwiliśmy się! – zaczął krzyczeć, wbiegłam tam i rzuciłam się szybko na szyję Jessemu.
- Matko, już myślałam, że coś wam się stało.. – obcałowywałam ich obojgu, aż się opanowałam. – Gdzie wy byliście do cholery?! – krzyknęłam.
- Gdzieś w krzakach kilometr stąd. A co z resztą ekipy? – zagadnęła Demi.
- Właśnie nie wiemy. Jest tak.. Chaz, Niall, Harry, ja, Justin, Jesse i ty.
- Jaki Niall? Jaki Harry? Ci z One Direction? – spytał Jesse.
- Tak. Więc.. Brakuje już tylko.. – Zrobiłam szybki rachunek w głowie. – Ośmiu osób. Boże! Nie wiemy gdzie jest osiem osób! Czuję się jak w Kac Vegas.
- Spokojnie, na dachu na pewno ich nie ma – powiedział Niall, który właśnie wparował po schodach z góry.
- W piwnicy też – dodał Harry, który wrócił z piwnicy.
- Y.. A gdzie Chaz – zapytałam i spojrzałam na wszystkich po kolei. – Nie no, bez jaj. Jego też nie ma? No proszę was.. My tu jesteśmy na wakacjach.. Wszyscy.. I na tych wakacjach pieprzonych, na obcej wyspie, nie znając języka tutejszego.. Ja pierdolę, zgubiliśmy dziewięć osób! Może oni mają takiego kaca, że nie wiedzą gdzie mają przyjść? A może się jeszcze nie przebudzili? A może nie żyją?! Jezu! Rany boskie! To okropne, czuję się jakby to była moja wina.. – westchnęłam i usiadłam na schodach, schowałam twarz w dłonie i oparłam się o ścianę.
- Spokojnie, nie panikujmy. Rozdzielmy się, musimy ich znaleźć, chociaż jakiś ślad.. Ja pójdę na północ, Jesse i Demi, wy pójdziecie na zachód, Chaz pójdzie na wschód, a Niall na południe. Okay?
- A co z nami? – spytał Harry.
- Ty lepiej zostań i jej pilnuj. Mogą wrócić do domu. Tylko się nią porządnie zaopiekuj i nie skrzywdź jej, bo cię zamorduję własnoręcznie jak jej chociaż włos z głowy spadnie – powiedział Justin.
- Jasne – zaśmiał się Styles.
- Ja nie żartuję. Nigdy nie żartuję.
- To czemu sam jej nie popilnujesz tu? – powiedział Harry i usiadł obok mnie na schodach. Opuściłam ręce i spojrzałam na Justina zaciekawiona odpowiedzi. On tylko pokręcił głową i wyszedł. Wszyscy poszli w jego ślady i udali się na poszukiwania zaginionych alkoholików i narkomanów <haha>. Styles spojrzał na mnie tym swoim ślicznym wzrokiem, a ja myślałam tylko nad tym, dlaczego Justin mnie z nim zostawił, zamiast samemu się mną zająć. I w końcu zrozumiałam.
- Dziwny koleś z tego Biebera. Taki trochę pedał..
Spojrzałam na Harry’ego jak na totalnego idiotę.
- I mówi to typ, który jest w zespole z czterema innymi chłopakami, ma fryzurę jakby mu na Himalajach ją wywiało i łapie innych za jaja? Okej, okej..
- Ej, nie jestem gejem!
- Tak samo jak i on.
- Skąd to możesz wiedzieć?
- Po prostu wiem. I kurwa nie zadawajmy takich pytań.
- Jeszcze jedno.
- Jakie znowu?!
- Skoro nie jest gejem to czemu sam nie został w wielkiej, zajebistej chacie z taką dupą jak ty?
- Z czym, przepraszam bardzo?
- No.. Z taką dupą jak ty.
- Nazwałeś mnie dupą?
- Tak.
- Przepraszam, że spytam, ale.. Czy kojarzę ci się z odbytem? Bo jeśli tak to nie umiesz prawić komplementów.
Zaśmiał się uroczo.
- Nie, nie kojarzysz mi się z odbytem, śmieszna. Tak mówią chłopaki w moim wieku..
- Y.. No widocznie to kompletni debile. Nie próbuj być taki jak oni, bo to nie prowadzi do niczego dobrego. Musisz być sobą i nie naśladować innych.
- Tak, masz rację. Ale czasem to trudne.
- Zaufaj mi, że nie – uśmiechnęłam się najszczerzej jak tylko mogłam i wstałam, wystawiłam do niego rękę. – Chodź, zjemy coś.
Nie zastanawiając się dłużej podał mi dłoń, a ja pomogłam mu wstać. Poszliśmy do kuchni, a ja zaczęłam żałować, że nie miałam przy sobie stroju kąpielowego i jakiegoś lodu, bo było tak gorąco, że z trudem wytrzymywałam w tym ubraniu. A przecież nie chciałam się przed nim rozbierać..

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Chapter 14.


Leżeliśmy tak pod domem dopóki nie zadzwonił dzwonek do jego drzwi.
- Zapraszałeś jeszcze kogoś? – Zmrużyłam lekko oczy i wstałam. Ashton się tylko zaśmiał i poszedł otworzyć, ja szłam zaraz za nim. Oparłam się o framugę drzwi od jego salonu i wpatrywałam w otwierane drzwi wejściowe.
- Jesse! – krzyknęłam i rzuciłam mu się na szyję. Nawet nie zauważyłam stojącej za nim niskiej postaci o kruczo-czarnych włosach.
- To pewnie ta Moonlight.. – uśmiechnęła się kobieta i podała mi rękę, a ja puściłam Jessego.
- Tak, jestem Moonlight. – Podałam jej rękę i odwzajemniłam uśmiech. Zwróciłam się do Ash’a. – Po co ich wszystkich zaprosiłeś?
- Ponieważ robię niemałe przyjęcie poświęcone mojemu słoneczku, które mi wybaczyło. – Zaśmiał się słodko, podszedł do mnie, ucałował w policzek i poszedł do kuchni.
- Wejdźcie, co tak stoicie pod drzwiami? - Wprowadziłam zakochaną parę do środka niczym pani domu, tak też się czułam, wiedząc, że niedługo prawdopodobnie wyjdę za Ashtona. Pokazałam im gdzie jest łazienka i wszyscy skierowaliśmy się do kuchni, żeby jakoś to przygotować. Chester cały czas obserwował Jamie. Szczerze mówiąc pierwszy raz widziałam taki uśmiech na jego twarzy. Jakby stał pod ołtarzem i czekał na pannę młodą. Potem zerknęłam ukradkiem na Sarah, opierając się pupą o blat kamiennego stołu. Ona chyba poczuła, że jest obserwowana, bo zrzuciła wzrok z Chestera i zajęła się pakowaniem chipsów do różnorodnych misek. Wtedy skierowałam oczy na Katie, a ona na mnie. Zbliżyła się do mnie i wyjadła jednego solonego orzeszka z puszki, którą trzymałam w dłoniach. Zaśmiała się i obróciła tak, że przywaliła mi w twarz swoim bardzo długim blond kucykiem. Pchnęłam ją lekko ze śmiechem, a ona aż wylądowała w przedpokoju.
- Jeszcze się zemszczę – spojrzała na mnie i przymrużyła złowieszczo oczy. Wtedy eksplodowałyśmy śmiechem. Oczywiście nikt poza nami nie wiedział o co chodzi i patrzyli się na nas jak na idiotki. Przywykłyśmy już do tego.
W kuchni nie było zbytniego hałasu i w sumie nikt z nikim nie rozmawiał. Cisza jak na stypie.
- Moony.. – wymruczał Ashton i przestał zmywać naczynia. Spojrzał na mnie i wytarł ręce o ścierkę, przywieszoną przy zlewie.
- Tak?
- To jeszcze nie wszyscy, których zaprosiłem.
Popatrzyłam na niego jak na kretyna, chociaż tak naprawdę to w tym momencie raczej ja wyglądałam na kretynkę, a nie on.
- K-kogo? – spytałam niepewnie. Byłam nieco przestraszona, bałam się, że zaprosił Biebera. Jak zwykle myślałam o Justinie. Jestem megapopieprzoną osobą. Ale szybko do mnie dotarło, że dzisiaj się pożarli ze sobą i nie mógł go zaprosić.
- Chaza – uśmiechnął się. Odetchnęłam z ulgą i zaniosłam do salonu wszystkie orzeszki solone. Katie zaniosła napoje, a Jesse jej pomógł. Chester zaczął rozwieszać jakieś balony i serpentyny. Sarah poszła mu pomóc. Wróciłam do kuchni po chipsy. Ashton pobiegł do jadalni i zaczął grzebać w jakiejś szafie. Odniosłam chipsy i poszłam do niego.
- Czegoś tam szukasz? – spytałam grzecznie i podeszłam do niego.
- Tak, ciebie – zaśmiał się i wyjął z szafki kilka butelek wódki, jakieś białe proszki w plastikowych woreczkach. Podniosłam lewą broń ze zdziwienia, on położył to na stole. Podeszłam do tego i wzięłam do ręki jedną paczuszkę.
- A to po co niby? – spojrzałam na niego. Wtedy wyjął z szafki kilka piw i sziszę. - Kurwa, żarty jakieś?! – krzyknęłam. On tylko się zaśmiał i pokiwał głową, zbliżył się do mnie i objął w pasie.
- Spokojnie, już testowałem. Nic się nikomu nie stanie – szepnął i pocałował mnie w szyjkę. Zabrał piwa i zaniósł je do salonu. Zaczęłam oglądać tą sziszę. No pierwszy raz widziałam ją na oczy, przysięgam. Odłożyłam ją z powrotem na stół, a wtedy do jadalni wbiegł cały zdyszany Chaz. 

- O, no brawo. Dotarłeś! W końcu, mordo kochana! – Tak, jemu też musiałam się rzucić na szyję. Tylko jak na niego wskoczyłam, to z radości aż owinęłam jego tułów nogami. Tuliłam się do niego dopóki do jadalni nie wszedł Ashton.
- A co tu się dzieje, dzieci?! – spojrzał na nas podejrzliwie. Zeskoczyłam z Chaza i udawałam, że nic nie zrobiłam.
- Lepiej pomóżcie mi zanieść te zacne rzeczy do salonu, a nie się obściskujecie.
- Już dobra, dobra – zaczął Chaz. – Ej, Quagmire, kupiłem co chciałeś. – Poruszył brwiami do niego.
- Dobra, ja pierdolę, bo już nie wytrzymam. – Wzięłam do ręki jedną butelkę wódki. – Gadajcie o co chodzi z tą całą imprezą, bo jak nie to będziecie zlizywać tą wódę z podłogi! – krzyknęłam i spojrzałam na Ashtona.
- Tylko spokojnie, skarbie.. Odłóż to, a wszyscy będziemy bezpieczni – zaśmiał się. – No dobra, będę mówił. – Wyjął mi z ręki tą butelkę i poszedł z nią do salonu, a ja za nim. – Po prostu musimy się trochę rozkręcić. Trzeba jakoś hucznie uczcić nasze zejście ze sobą i to, że dostałem taką zajebistą pracę. – Włączył swoją mega wieżę, która wyłoniła się gdzieś zza ściany i zaczęła tak głośno napieprzać, że o mało szyby się nie potłukły. Usiadłam na beżowej pufie, albo raczej opadłam na nią. Nie byłam pewna tego, co miało się dziać tego wieczoru, albo raczej nocy. Na dworze się ściemniało, a w mojej głowie było jeszcze ciemniej. No ale cóż, raz się żyje. Złapałam Ashtona za rękę i pociągnęłam w miejsce, które można by nazwać parkietem. Z głośników leciała piosenka One Direction – One Thing. No nienajgorsi są. Tylko nie rozumiem czemu mają krowie dzwonki w piosenkach. Jak Kat Graham i Put Your Graffiti On Me. Zaczęliśmy tańczyć, a cała reszta gości śledziła nasze kroki. Jesse tańczył z tą dziewczyną, której imienia nadal nie znałam. Chester tańczył z Sarah, Katie z Jamie. Wszyscy się ogólnie wygłupialiśmy. Wtedy piosenka się skończyła, wypiliśmy po jednej butelce piwa, ja poszłam się przebrać w coś wygodniejszego. Taaaak.. Co założyłam? Błękitną koszulę Ash’a. No a co miałam założyć na domówkę, hm? Była na mnie długa, więc zakrywała mój tyłek. A tej nocy było tak gorąco, że tylko w takim czymś mogłam chodzić. Wróciłam do nich do salonu. Chaz spojrzał na mnie i upuścił miseczkę z orzeszkami solonymi. Stał nieruchomo i się na mnie patrzył, a ja nie wiedziałam o co mu chodzi. Wtedy spojrzały na mnie dziewczyny, potem Jesse i Chester, a na końcu Ashton. Przerwał swoje dzikie tańce przed Jamie, bo zauważył, że coś się dzieje. Odwrócił się do tyłu i spojrzał na mnie. Przez chwilę panowała niezręczna cisza i już miałam wrócić do tego niewygodnego ubrania, które miałam wcześniej jak Ash do mnie podbiegł, krzycząc „Zamawiam ją!” i przeskakując do mnie przez kanapę. Nie jestem taka sztywna, żeby go zapytać co miało oznaczać ZAMAWIANIE MNIE. W końcu to była tylko niewinna zabawa. Zabawa dla dorosłych.
- Oh, kochanie, nawet nie wiesz jakbym chciał ci teraz zrobić dobrze.. – szepnął mi do ucha i odsłonił moje ramię. Zaczął obdarowywać je drobnymi pocałunkami.
- Ashton, rozmawialiśmy już o tym.. – wymruczałam i podciągnęłam tą koszulę z powrotem na moje ramię. Położył dłonie na moich biodrach, a ja owinęłam sobie ręce wokół jego szyi.
- Wiem, że rozmawialiśmy, ale.. Jesteś taka seksowna, że już nie wytrzymuję tej presji. Błagam.. No.. Chociaż jedna, niewinna minetka.. Już nawet nie mówię o kochaniu się, tylko, żebym mógł ją chociaż zobaczyć.. I dotknąć.. No proszę.. Językiem.. Ale tak tylko.. – Cały czas kiwałam głową na nie, a on tam o mało się nie posikał, zjeżdżając dłońmi na moją pupę. – Ale no czemu nie? No proszę no.. – Ciągle jęczał mi do ucha i całował moją szyję, wsunął dłonie pod koszulę, którą miałam na sobie i zaczął krążyć po moich pośladkach, pociągając ząbkami za moją dolną wargę i patrząc mi w oczy.
- Ashton, nie będę ci dawała dupy przed ślubem. Ogarnij pałę.
- No ale.. Kurcze no.. Czemu mi to robisz? Jeszcze się tak ubrałaś.. No.. Nie no..
- Ej, zachowujesz się jak małe dziecko. Powiedziałam nie, to nie! A ubrałam się tak, bo mi wygodniej i chłodniej.

- Już dobrze, przepraszam. – Uśmiechnął się. – Tylko się nie złość na mnie. – Przejechał zewnętrzną stroną dłoni po moim policzku i  zabrał rękę z mojego tyłka. Pociągnął mnie delikatnie na środek salonu i wyłączył muzykę. Usiedliśmy wszyscy na skórzanych kanapach. Zaczęli rozmawiać, a ja trzymałam go za rękę, rozglądając się po jego salonie. Prowadzili sobie jakieś monotonne rozmowy przy piwie, a ja w końcu zabrała, Ashton’owi sprzed nosa jedną butelkę i wypiłam ją do dna. Aż mi się odbiło. 
- Skoro kurwa chcieliście się bawić to się bawimy, a nie gadamy! – krzyknęłam i podrzuciłam im wódkę. Rozpakowałam jeden z tych białych proszków. Może to śmiesznie brzmi, ale naprawdę nie wiem co za towar tam był. Rozsypałam go w równym rządku obok głośników i jednym ruchem wszystko wciągnęłam. Na początku było normalnie, ale co potem się działo to tylko jeden Bóg wie. Wszyscy byliśmy pod wpływem czegoś. I dopiero następnego dnia rano, a raczej w południe…

piątek, 8 czerwca 2012

Chapter 13.


Po wykonaniu piosenki zszedł ze sceny, uśmiechając się do mnie, a jeden z jego tancerzy do mnie podszedł i wystawił dłoń. Złapałam go, a on zaprowadził mnie za tą scenę.
Ściskając w dłoniach bukiet zaczęłam się rozglądać dookoła, ale było pusto. Żadnego śladu po Justinie i całej reszcie ekipy. Przeszłam się parę kroków dookoła i wpadłam na.. Ashtona.
- Yy.. A co ty tu..? Śledzisz mnie? – Nie ukrywam, byłam tym trochę zszokowana i trochę oburzona. Ni stąd, ni zowąd się pojawił, a już miałam nadzieję, że go nie zobaczę. – Skończyłam z tobą, nie rozumiesz?! Czego ty do cholery chcesz?
- Chcę cię odzyskać – szepnął i się we mnie wtulił. – Ja cię kocham i nic tego nie zmieni. – pogładził mnie delikatnie po pleckach i spojrzał mi w oczy. A ja tylko rozchyliłam usta.. Rozchyliłam usta i milczałam. Poklepałam go lekko po głowie i się o niego oparłam. Jak już wspominałam.. Kocham się przytulać.
- Moon.. – Zaczął powtarzać w kółko moje imię, obdarowując skromnymi pocałunkami opuszki moich palców.
- Tak, Ashton? – spytałam i się od niego odsunęłam chwiejnie.
- Ja cię naprawdę kocham.
Patrzył mi w oczy. Widziałam szczerość. Ale nie pierwszy raz się na jego szczerości zawiodłam. Jednakże byłam samotna.. A potrzebowałam miłości tak jak każdy. I jeżeli Ashton chciał o mnie walczyć to ja nie miałam nic przeciwko temu.
Spojrzał tylko na bukiet, który trzymałam w rękach i mnie objął jedną ręką.
- Chodźmy na kawę – zaproponował. – A najlepiej chodźmy do mnie do domu, mam przepyszną kawę.
- O, serio? Wybudowałeś tu sobie dom?
- Tak, żeby być bliżej ciebie.
- A skąd wziąłeś na to pieniądze?
- No.. Byłem na rozmowie kwalifikacyjnej w stacji radiowej i dostałem pracę.
- Czyli..?
- No jestem prezenterem. Prowadzę poranny program. Właśnie tutaj, na Bali.
- To.. ciekawe. W takim razie życzę ci powodzenia. – Uśmiechnęłam się niezdarnie i patrzyłam mu w oczy. Tak, gdyby ktoś mi powiedział, że zawsze się w nich zatracałam to pewnie bym zaprzeczała, wiedząc, że to jednak prawda. Jego oczy miały kolor lazurowego oceanu. A kiedy się złościł zamieniały się w zgniły zielony. Ale nie taki negatywny-zgniły tylko pozytywny-zgniły. Większość jego ciała mnie zadziwiała. W sumie to każdy cal. Poczynając od kasztanowych włosów, układających się niesfornie na jego głowie, a kończąc na stopach, przypominających w dotyku jedwab. Dbał o siebie. Bardzo. Nawet bardziej niż ja. Tylko to właśnie był jego problem. Nikt nie mówił, że liczy się zewnątrz, bo zewnątrz się nie liczy. No bo.. No właśnie! Dalajlama! Można by spytać o co mi chodzi, ale to chyba raczej oczywiste. Dalajlama jest takim przykładem na osobę, która wyglądem nie wyróżnia się z tłumu, ale charakterem.. Gdyby charakter był na zewnątrz to dalajlama byłby jednym z najpiękniejszych ludzi na świecie. Tylko wtedy pewnie nie byłby dalajlamą i nie czyniłby dobra innym, tylko byłby modelem.. Zepsutym. Zepsutym modelem. Oczywiście nie mówię, że jak ktoś jest modelem to od razu jest zepsuty.. Boże! Stoi przede mną niezwykły i zaskakujący Ashton Quagmire, a ja myślę o dalajlamie! Co za idiotka.
- Czy ty mnie w ogóle słuchałaś? – zaśmiał się i złapał moje ramiona subtelnie.
Poruszyłam się i przestałam myśleć o dalajlamie. Podrapałam się w głowę i złapałam Ashtona za rękę.
- To idziemy do mnie? – uśmiechnął się. Tylko przytaknęłam głową i ruszyliśmy w drogę. W pewnej chwili zza drzewa przed nami wyłonił się.. Justin. Nie miałam pojęcia co tam robił w tym momencie. Spojrzał tylko na mnie z nieco zeszklonymi oczami, a potem na Ashtona. Podszedł do niego.
- Więc to jednak ty! – krzyknął i walnął go z pięści w twarz. Ashton automatycznie i bezwarunkowo się odchylił do tyłu z zakrwawionym nosem, puszczając moją dłoń.
- Justin! Oszalałeś, idioto?! Co ty robisz?
Zbliżyłam się do Ashtona, a on tylko zerknął na Justina, wycierając ręką twarz z krwi.
- Stary, o co ci chodzi do cholery? Myślałem, że się przyjaźnimy – westchnął.
Justin pociągnął Ash’a za koszulę i spojrzał mu głęboko w oczy.
- Grubo się myliłeś, bo ja cię nienawidzę, cioto!
No dobra.. Od razu zrozumiałam, że nie zanosi się to na nic dobrego. Nie miałam najmniejszej ochoty w tym uczestniczyć. Rozłożyłam ręce i się odwróciłam. Włożyłam do uszu słuchawki i puściłam sobie Augustana – Boston. Przeszłam parę kroków, skręciłam w lewo, a potem w prawo. Zobaczyłam przy okazji jak Jesse się całuje z tamtą dziewczyną. Szczerze miałam już tego wszystkiego dosyć. Bo ja oczywiście kuźwa nie mogę żyć normalnie i po prostu wziąć ślub z miłością mojego życia, bo kurwa tak się nie da.
Wchodząc do pokoju myślałam tylko o gorącej kąpieli, ale nawet na nią nie miałam sił. Opadłam bezsilnie na łóżko i momentalnie zasnęłam.
Spałam tak może z godzinkę, bo obudziło mnie pukanie do drzwi. Wyczołgałam się z łóżka i je otworzyłam, ziewając.
- Mogę?
- Właź, w końcu to twój pokój.
- A tak, masz rację.
Wszedł do środka i zaczął się kręcić w kółko przy szklanej ścianie, przygryzając swoją dolną wargę. Myślał. Skąd wiem? Bo zawsze się tak zachowuje kiedy intensywnie myśli. Tak, oczywiście to jest jednocześnie seksowne, bo nie dość, że wygląda inteligentnie to jeszcze.. Dobra, pominę to.
Podeszłam do czajnika i zagotowałam sobie wodę na herbatę, po czym spojrzałam na Justina, a on nagle stał tuż przede mną. Dosłownie kilka centymetrów przede mną. I trzymał mnie. Mocno. Za rękę.
- Moony..
- Co chcesz? Ej no, puść mnie. To boli do cholery!
Puścił moją rękę i cofnął się o jeden krok do tyłu.
- Przepraszam cię, wiem, że to było głupie, ale..
- Co ALE?! Nie dosyć ci było, że mnie śledziłeś to jeszcze mojego narzeczonego pobiłeś, tak? No gratuluję, może napiszą o tobie w Focusie, tymczasem ja wychodzę, bo nie chcę nawet na ciebie patrzeć. Rzygam już tobą.
- Co? Ale.. Ja tylko chciałem cię chronić.. Mówiłaś, że zerwałaś zaręczyny.. Okłamałaś mnie?
- Nie, nie okłamałam cię. Za to ty mnie tak. I to nie raz. Jak każdy inny facet.
- Moon.. Proszę..
- Nie! Dajcie mi wszyscy święty spokój! Wychodzę.
Ruszyłam w stronę drzwi, a on przyciągnął mnie do siebie, łapiąc mój nadgarstek w ostatniej chwili.
- Czemu ty nic nie widzisz? Czemu nie widzisz jak…
- Powiedziałam ci, żebyś dał mi spokój? Odczepisz się, czy nie?!
Puścił mnie smutno i położył okulary na półce przy drzwiach.
- O, widzę, że jeszcze masz wielkie limo pod okiem. Od Ashtona? No to brawo. Trzeba było tak nie podskakiwać. Ja nie wiem za kogo ty się uważasz.
- Kurwa mać! Zamknij się i wypierdalaj już stąd, bo teraz to ja mam ciebie dość! – krzyknął i zamknął się w łazience.
No teraz to wypadałoby pogratulować nam obojgu. Taka tam.. sprzeczka. No.. Nie to, żeby coś, ale słyszałam jego szlochanie nawet stojąc kilka metrów od drzwi do łazienki. W pierwszej chwili chciałam tam do niego pójść, ale zawahałam się i w końcu wyszłam, trzaskając drzwiami. Wkurzona znowu włożyłam słuchawki do uszu i skierowałam się holem do hotelowej kawiarni. Zeszłam kilka schodków, skręciłam w prawo i byłam na miejscu. Usiadłam na pierwszym lepszym fotelu i poprosiłam kelnerkę o Caramel Macchiato. Po chwili mi przyniosła wielki kufelek z kawą z karmelem i bitą śmietaną. Zbliżyłam się do niej i zaciągnęłam się jej rzadkim zapachem. W powietrzu unosił się dym papierosowy jakiegoś niskiego businessmana, siedzącego naprzeciwko mnie i tylko zapach kawy ratował mnie przed zemdleniem. Nagle do kawiarenki wszedł malutki chłopczyk z dużą gitarą i się do mnie dosiadł.
- Taak? Coś chcesz ode mnie? – spytałam, a on złapał mnie za rękę.
- Pewien pan kazał mi zaprowadzić najpiękniejszą kobietę w tej kawiarni do swojego domu. – Uśmiechnął się i zaczął mnie ciągnąć.
- Ale zaraz, zaraz. Jaki pan? Jesse? Chester? Ym.. Justin może?
- Nie, pan Ashton.
- Ale że Kutcher? O mój Boże! A ja taka nieubrana.
Oboje się zaśmialiśmy i wstaliśmy na równe nogi.
- Pan Quagmire.
- Quagmire? O, naprawdę?
- Tak.
- No.. Skoro się stara i mu na mnie zależy to.. No dobrze, pójdę z tobą. A jak masz na imię?
- Conor.
- O, ładnie. Zawsze lubiłam to imię.
- Jasne.
Zamilkłam i trzymałam jego rękę, kiedy prowadził mnie przez wiele skrzyżowań. W końcu dotarliśmy na miejsce. To znaczy.. No spodziewałabym się po Ashtonie wszystkiego. Ale nie tego. Nie tak zajebistego domu. To było jak.. Jak jakiś 5-gwiazdkowy hotel. Miał co prawda tylko jedno piętro, ale był bardzo obszerny, biało-brązowy. Wyglądał hawajsko, że tak powiem. Conor mnie zostawił pod drzwiami, a ja tylko lekko zapukałam. Usłyszałam jakieś szepty i drzwi się otworzyły.
- Kochanieeee! – zaczęli krzyczeć.
Byli tam wszyscy, to znaczy właściwie prawie wszyscy. Była tam i Jamie, i Sarah, i Katie, i Chester.. No i oczywiście Ashton. Tylko nie było Justina. Ale właściwie to czemu ja ciągle o nim myślę?
- Ashton! Ty ich tu sprowadziłeś?
Rzuciłam mu się na szyję. Wpadłam w euforię. Szczerze myślałam, że już ich nie zobaczę. Bardzo mi ich brakowało.
- Tak, ja. – Zaśmiał się niegrzecznie i poklepał mnie po tyłku.
- Ej, co ty robisz?! – krzyknęłam i zaczęłam się śmiać. – No dobra, teraz jestem w stanie ci wszystko wybaczyć.
Uśmiechnęłam się i złapałam go za rękę.
- Kocham cię. – Znowu się do niego przytuliłam i wessałam się w jego usta. Całą nasza ekipa momentalnie zaczęła wiwatować i się na nas rzuciła.
- Kurwa, Chester, zabierz tą rękę z mojej dupy! – krzyknęła Jamie i podskoczyła. Ja się od nich odessałam.
- Widzę, że Ches się nigdy nie zmieni – zaśmiałam się. – Jak tam u was? Katie.. Co z twoją siostrą?
- Weź, proszę cię.. Zaraz ci wszystko opowiem. Chodź.
Wzięła mnie pod rękę i zaprowadziła na taki klif za domem Ashtona. Usiadłyśmy na krawędzi i ze spuszczonymi w dół nogami się położyłyśmy, patrząc w chmury.
- Nie zamierzasz rozmawiać o swojej siostrze, prawda? – spytałam.
- No nie zamierzam. A ty zamierzasz wyjść jednak za Ashtona?
Spojrzała na mnie a ja na nią. Zaczęłam się bawić ździebełkiem trawy, które zerwałam.
- Już sama nie wiem. Ostatnio mam wrażenie, że Ashton nie jest tym jedynym.
- Poważnie mówisz?
Przekręciła się do mnie przodem i podparła na ramieniu zaciekawiona.
- Tak. Poznałam bliżej Biebera i.. No sama już nie wiem.
- Myślisz o nim ciągle?
- Tak.
- Nawet kiedy jesteś z Ashtonem?
- Tak.
- Podoba ci się?
- Tak.
- Kochasz go?
Na to pytanie nie musiałam odpowiadać, bo przyszedł do nas Ash. Katie sobie poszła, a Ash zająl jej miejsce obok mnie. I całe szczęście, bo nie mam pojęcia co bym jej odpowiedziała. Nie znałam odpowiedzi. Moje serce miało przede mną tajemnicę.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że mi wybaczyłaś. – Uśmiechnął się i odgarnął mi kosmyk włosów z twarzy, spojrzałam na niego i odwzajemniłam uśmiech. – O czym teraz myślisz? – spytał.
- O wszystkim.
- Czyli o mnie? – zaśmiał się i mnie pocałował delikatnie.
W czym był problem? W tym, że właśnie w ogóle nie myślałam o Ashtonie tylko cały czas o Justinie, z nadzieją, że zaraz go zobaczę. Nie mogłam się doczekać powrotu do hotelu mimo naszej sprzeczki. Ale przecież on mnie nie kochał. Czemu to wszystko musiało być tak pogmatwane? Ashton kochał mnie, a ja jego już nie, bo kochałam Justina, który nie kochał mnie..
- Milczenie wezmę za potwierdzenie – uśmiechnął się Ashton i złapał moją dłoń.
- Może chcesz teraz ze mną zamieszkać w tym domu?
Zaczął obracać powoli naszymi dłońmi i je obserwować, jakby widział w tym jakąś magię. A ja myślałam tylko o tym, że gdybym z nim zamieszkała to już w ogóle bym się nie widywała z Justinem. Musiałam z tego jakoś wybrnąć.
-  Nie! – zajebiście zaczęłam, nie powiem. – To znaczy.. No lepiej nie, jeszcze by cię to kusiło.
Położyłam sobie jego rękę na pupie i się zaśmiałam. Odpowiedział mi na to seksownym mruknięciem w usta i pocałunkiem.



Widzę, że niestety nie roi się od komentarzy.. To nie jest miłe i oznacza, że wszyscy mają w dupie tego bloga. Więc jeżeli nadal mam dodawac posty to nie pogardzę jakimś komentarzem..
                                                                                                    ~Pynio.