poniedziałek, 19 marca 2012

Chapter 11.

Wsiadł do auta.. Takiej furgonetki, jakimi często jeżdżą amerykańscy nastolatkowie w filmach. W jego przypadku był to Nissan Navara. Stanęłam przed jego samochodem, zanim zdążył ruszyć. Zaśmiał się i wysiadł do mnie, zatrzaskując drzwi kierowcy. Jego twarz była tuż przed moją twarzą, uśmiechał się jak zawsze, patrząc mi w oczy. Patrzył na mnie z góry, bo byłam niższa. 
- Tak? – Jego głos zabrzmiał nieco inaczej niż wtedy kiedy śpiewał. Był bardziej głęboki i męski. Przymrużył oczy i lekko przechylił głowę, jakby czekał aż się odezwę.
W końcu przestałam gapić się w jego oczy i postanowiłam coś powiedzieć.
- Jesse?
Tak, wiem. Niezły początek rozmowy.
- Jesteś chyba jedyną dziewczyną, która pamięta moje imię.
- Jak to jedyną? Nikt cię już nie pamięta?
- Przecież zerwałem z karierą kilkanaście lat temu praktycznie. Kupa czasu.
- Ale nic się nie zmieniłeś.
- Zmieniłem się.. trochę. – Odwrócił wzrok od moich oczu i spojrzał na asfalt.
- To znaczy.. nie z wyglądu. Nic się nie zmieniłeś z wyglądu.
- Czy to był komplement?
- Poniekąd.
Zapanowała chwilka ciszy, ale ja musiałam się odezwać.
- Co ty tu właściwie robisz, Jesse?
- Podróżuję. Po całym świecie.
- Acha, a w jakim celu?
- W celu przygód. W każdym nowym miejscu poznaję kogoś nowego i wszędzie mogę śpiewać. Spełniam swoje dziecięce marzenia i przy okazji, jeżeli napotkam kogoś, kto potrzebuje pomocy to mu pomagam.
- To znaczy?
- To znaczy, że na przykład tydzień temu byłem w Afryce.. – przerwałam mu.
- W jakim kraju?
- A wiesz.. Nawet nie wiem.. Poczekaj, chodź, nie będziemy tak stać.
Wziął mnie za rękę i usiedliśmy z tyłu pick-up’a w tej takiej przestrzeni bagażowej, skrzyni ładunkowej czy jak kto woli.
- To co z tą Afryką? – spytałam.
- Stało się to jakieś 50 kilometrów od zachodniej granicy Etiopii.. Nie wiem gdzie dokładnie.
Patrzyłam się na jego usta, kiedy mi to opowiadał. Wsłuchiwałam się w każde jego słowo, jakby mogło spełnić moje marzenia.
- Podjechałem pod jakiś motel, bo musiałem przenocować gdzieś, prawda? No więc pod drzwiami od tego motelu siedział jakiś mały, czarny chłopiec. Jego twarz zakrywała burza długich loków. Miał na sobie jakieś poszarpane ubrania. Przed nim stała kartka z napisem: „Zbieram na życie. Proszę o pomoc dla mnie i dla mojej mamy”. Podniosłem go z ziemi. Bał się, że go skrzywdzę. Cały się trząsł z zimna. Zaprowadził mnie do swojej mamy. Kiedy zobaczyłem w jakim stanie był ich dom, nie mogłem tego tak zostawić. Zostawiłem im spory czek i obiecałem, że każdego roku będę do nich przyjeżdżał i wypisywał im czeki, żeby mogli żyć, dopóki się nie usamodzielnią. Nie mogłem ich tak zostawić bez pomocy. Wszyscy przechodnie po prostu odwracali od nich wzrok. Nigdy nie przeżyłem czegoś takiego jak oni, ale mam pewność, że powinno się pomagać takim ludziom. Przecież takie nieszczęście mogło spotkać każdego.. Mnie także.
Spojrzałam mu w oczy czule. Widziałam, że miał dobre serce.
- Jesse, a czemu oni tak żyli? Co się stało?
Wtuliłam się w niego, bo zrobiło mi się trochę zimno.
- Ten mały mi powiedział, że jego matka urodziła go, kiedy miała 13 lat. Rodzice ją wygnali z domu, nazywając „dziwką”. Chłopak, który jej to zrobił był od niej starszy o 4 lata. Zgwałcił ją. Byli razem pół roku, ale on chciał tylko seksu. Ona nie była gotowa, nie chciała tego. Zamknął ją w łazience i po prostu zgwałcił. Płakała i krzyczała, próbowała się uwolnić.. Nikt jej nie usłyszał. Albo nikt nie chciał jej pomóc.
Na myśl o tym co przeszła ta biedna dziewczyna, w oczach zebrały mi się łzy. Wtuliłam się jeszcze mocniej w Jessego i położyłam głowę na jego klatce piersiowej.
- A gdzie teraz pojedziesz? Gdzie zamierzałeś pojechać?
- Jeszcze nie wiem. Nie byłem nigdy w Peru.. Może tam pojadę. Ale co ja ci tak ciągle o sobie opowiadam! Lepiej ty coś mi o sobie opowiedz.
Przewróciłam oczami.
- No dobraaa.. Jestem zwykłą kobietą, która kiedyś była paparazzi.. Narzeczony, o imieniu Ashton-skurwiel, zdradził mnie przed samym ślubem. Musiałam od tego wszystkiego uciec, więc przyjechałam na Bali na miesiąc. Jestem tu już dwa tygodnie. Czas bardzo szybko zapiernicza.
- Tak, to prawda.. A na świecie jest jeszcze tyle do zobaczenia.. Ale poczekaj, poczekaj.. Widziałem cię wcześniej.. Na plaży, jakieś 3 dni temu. Nie byłaś sama.  Ten typ to Ashton?
- N-niee.. Ten typ to Derek, ale nie chcę o nim dzisiaj rozmawiać. Wkurzył mnie.
Odsunęłam się od Jessego i oparłam na jednej ręce.
- Justin Bieber?
- Co Justin Bieber?
- To nie był żaden Derek tylko Bieber. Wiem o tym.
- Skąd?
- Bo obaj pomagamy małym dzieciom z marzeniami. Ten chłopiec z Afryki gra na pianinie. Chcę mu pomóc się rozwijać. Justina dziecko, znaczy ten biedaczek, bodajże 8-letni.. On jest perkusistą. Dlatego Justin się nim zajął. Przecież sam zaczął grę na perkusji w wieku 2 lat!
- No tak. Prawda. Ale co wy macie jakąś fundację czy coś?
- Niezupełnie. Po prostu kiedyś pewien Ashton..
- Nie wymawiaj tego imienia przy mnie, proszę..
- Dobrze, w takim razie ‘Bob’ nas kiedyś ze sobą poznał. Taki szatyn twojego wzrostu, bardzo umięśniony..
- Boże.. Może jeszcze mi powiesz, że jest saksofonistą?
- Skąd wiesz?? – zdziwił się.
- O kurwa! Ale.. Nie, to bez sensu.. To nie mógłby być on. A gdzie mieszkał w dzieciństwie?
- Mi mówił, że w Oklahomie..
- Ja pierdolę!
Hmm.. 2 przekleństwa w ciągu 10 sekund, dobrze mi idzie.
- Co pierdolisz?
- Nie wiem. A skąd wy się znaliście?
- Z Jamajki. A Justina poznał we Francji.
- Cholera. Nie wierzę. Przepraszam cię, Jesse.. – wzięłam jakąś kartkę i napisałam na niej swój numer telefonu. - Chcesz to zadzwoń, nie chcesz to nie dzwoń. To mój numer. – Podałam mu karteczkę i cmoknęłam w policzek. Złapał się za twarz jakby to był jakiś pocałunek anioła, nie wiem o co mu chodziło. Wysiadłam z furgonetki i pobiegłam do hotelu. Justin już był w pokoju i siedział na łóżku.
- O, Justin.. Nie musisz się mną przejmować. Udawaj, że mnie tu nie ma. Przecież ja cię nie obchodzę.. – powiedziałam z sarkazmem i się sztucznie uśmiechnęłam, odłożyłam torebkę i buty na półkę i rzuciłam się na swoje łóżko. Zamknęłam oczy i próbowałam zasnąć. Wtedy poczułam, że Justin na mnie siada. Otworzyłam oczy.
- Co ty robisz?! – krzyknęłam i podparłam się na łokciach.
- Przepraszam, ale cię kocham.. – szepnął i zaczął mnie całować po szyi. Odepchnęłam go szybko i spojrzałam w oczy.
- Justin, nie rób tego. Rozumiem, nie kochasz mnie, ale nie ratuj naszej przyjaźni, udając, że jednak coś do mnie czujesz.. – westchnęłam.
Zszedł ze mnie i położył się na swoim łóżku. Poszłam się wykąpać i ubrać w piżamkę. Ciągle miałam przed oczami jego zawiedzony wyraz oczu po tym jak powiedziałam, żeby nie udawał. Wyszłam z łazienki i się położyłam do łóżka, dużo myślałam.
Następnego dnia obudziłam się samotnie. Nie było w pokoju Justina ubrań, kubka, w łazience nie było szczoteczki.. Nic.
Zrobiłam sobie kawę, ubrałam się w zwiewną, letnią sukienkę w kwiatki i zeszłam na dół do baru. Usiadłam przy stoliku przy samym oknie i zamówiłam sobie zapiekankę. Dosiadł się do mnie jakiś mężczyzna. 
- Przepraszam, czy my się znamy? – spytałam.
- Nie wydaje mi się. Ale to się może zmienić w każdej chwili.
- Chwila, moment.. Chaz? Chaz Somers? Przyjaciel Justina?
- Tak, skąd wiesz?
- Widzę. A co ty tu robisz?
- Przyjechałem tu z Ashtonem Quagmire, na spotkanie z Justinem i Jesse’m McCartney’em – uśmiechnął się. Kelnerka przyniosła mi zapiekankę.
- Ty też? Też jesteś w tej ‘fundacji’?
- Nie, ja się tylko z Ash’em zabrałem.
- O, przepraszam.. Muszę odebrać.
Zadzwonił mi telefon. Spojrzałam na ekran. O wilku mowa. Odebrałam.
- Haloo? – udawałam, że nie wiem kto dzwoni.
- To ja, Ashton. Przepraszam cię za to. Ja cię naprawdę nie zdradziłem. Przepraszam, że ci nie powiedziałem, ale Chaz.. Ten kolega Biebera nagrywał film i nie miał gdzie go nagrać, więc pozwoliłem mu u nas. Ta kobieta to była tylko aktorka..
- Ehhem.. Pewnie.. A ty w samych majtkach byłeś dlatego, bo razem z nią pornosa dla mnie kręciłeś niby, tak?
- Co? Nie! Ja byłem w ubraniu.. Zresztą może ci to potwierdzić Chaz, kamerzysta, montażysta, dekorator, charakteryzatorka..
- Dobra, dobra. Zobaczymy. Zadzwoń za 2 minuty.
Rozłączyłam się i zerknęłam na Chaza.
- Chaz… A powiedz mi.. Słyszałam, że jakiś film nagrywasz..
- Tak, debiutancki. W domu Ashtona.. O, nie przedstawiłem ci go. Ashton to mój dobry kolega, można na niego liczyć. Znamy się od 2 lat.
- A ten film to jakiej kategorii niby ma być, no i czy Ashton tam gra?
- Nie gra. To miał być horror. Coś jak Paranormal Activity.
W tamtym momencie ktoś zapukał w szybę. Odwróciłam wzrok i zobaczyłam.. Ashtona. No i wspomnienia wróciły. Wszedł do baru i dosiadł się do nas.

czwartek, 8 marca 2012

Chapter 10.

- Justiiiin… Proszę, obudź się..  – szeptałam, przetarł oczka. - Mógłbyś podać mi kule?
Dobrze, to nie było miłe, że obudziłam go o 3 nad ranem i prosiłam, żeby mi podał kule. Ale musiałam iść do toalety i nic nie mogłam na to poradzić.
- Moony.. Już ci daję.
Wstał ospale z łóżka i spojrzał na mnie. Wtedy się uśmiechnął. Podał mi te kule, a ja się a nich podciągnęłam do góry.
- Justin, przepraszam, że cię tak obudziłam. Możesz już iść spać. Proszę, nie przemęczaj się dla mnie. Wyśpij się.
- Nie, skarbie.. Potrzebujesz czegoś? Chcesz może żebym ci pomógł jakoś?
Popatrzyłam mu w oczy, wyglądał tak, jakby chciał być potrzebny.
- No okej, okej. Otwórz mi drzwi od łazienki.
Uśmiechnęłam się, a Justin otworzył mi te drzwi od łazienki. Weszłam tam powoli.
- Moonlight, może cię przytrzymać? Czy coś..
- Tak, Justin. Oczywiście. Jeszcze jakbyś mógł to zdejmij mi majtki, posadź mnie, podetrzyj, spłucz po mnie, załóż mi majtki z powrotem i potem się uśmiechnij. – Spojrzałam na niego z przymrużonymi oczami, kiedy on się wziął za łapanie moich majtek. Szybko chwyciłam jego ręce.
- Hej, hej, hejjj.. Co ty robisz, kotku? – podciągnęłam swoje majtki.
- No co? Miałem ci pomóc się załatwić.
Zaczęłam się z niego śmiać.
- Justin, po prostu idź spać. Ja sobie poradzę.
- Przecież sama mówiłaś..
- To był sarkazm, idź już, koteczku.. – cmoknęłam go w usta.
Wyszedł w końcu, a ja z trudem przystąpiłam do załatwiania potrzeb. Kiedy po sobie spłukałam i wstałam na jednej nodze, poślizgnęłam się i wywaliłam na podłogę. Poczułam jakiś ból z tyłu głowy i nie potrafiłam wstać.
Przyrżnęłam tak mocno i hałaśliwie, że Bieber szybko przybiegł.
- Co to za hałas? Hyy.. Boże.. Co ci się stało? Co ty zrobiłaś?
Do oczu zaczęły mi napływać łzy, bo wiedziałam, że długo tak nie pociągnę. Ja nie potrafiłam żyć bez tej nogi. Co chwilę się wywalałam i potykałam. 
W tamtym momencie Justin pomógł mi umyć ręce i zaniósł mnie do łóżka. Okrył mnie potem pościelą i pocałował w czółko. Pogłaskał mnie po głowie i wrócił do swojego łóżka. Zasnęłam.
Rano  nie potrafiłam się przebudzić, ale kiedy to już się stało zobaczyłam Justina przy moim łóżku.
- No śpiochu, już południe. Myślałem, że się w ogóle nie obudzisz.
- Aww.. Martwiłeś się?
- Oczywiście, że się martwiłem. A co myślałaś?
Wtedy zauważyłam, że mam na głowie jakiś zimny okład. Zdjęłam to z czoła.
- Justin, co to jest?
- No zimny okład.
- Ale po co?
- Opowiem ci, jak to było.. Więc.. Zabrałaś mi te żyletki i pobiegłaś na plażę, twoja łódka wylądowała gdzieś na skałach, a ja znalazłem cie na brzegu, walnęłaś chyba głową o te skały i miałaś lekki wstrząs, ale już wszystko w porządku. Wypisali cię ze szpitala i w końcu się obudziłaś…
- C-Co? Co ty mówisz? Przecież ja się obudziłam na plaży, a w szpitalu mi amputowali lewą nogę..
- Weź lepiej ten okład na głowę połóż z powrotem.
Wtedy spojrzałam na swoją prawą nogę. Była cała. Spojrzałam trochę w lewo i podwinęłam kołdrę. Nie byłam w stanie uwierzyć własnym oczom. MOJA LEWA NOGA BYŁA CAŁA. Nie mogłam w to uwierzyć. Prędko się podniosłam i zaczęłam skakać, nie zdając sobie sprawy z tego, że miałam na sobie tylko bieliznę i jakąś czarną koszulę Justina. Złapałam go za rękę, przyciągnęłam do siebie i zaczęłam tańczyć. To nie było zbyt normalne, ale szargał mną zachwyt i inne niezrozumiałe emocje. Wierzyłam, że naprawdę straciłam tą nogę, a okazało się, że jednak nie.
- Justin, kocham cię! – krzyknęłam i rzuciłam się na niego.
Odsunął mnie od siebie niepewnie i spojrzał mi w oczy zdziwiony.
- Co ty powiedziałaś?
Zaczęłam się zastanawiać czy dobrze zrobiłam, że mu wyznałam miłość. Niby go kochałam, ale to było trudne.
- Możesz powtórzyć co powiedziałaś?! – podniósł głos.
- Powiedziałam, że cię kocham.. – szepnęłam cichutko, licząc, że nie usłyszał.
Przez chwilę patrzył na mnie groźnym wzrokiem, ale wybiegł z apartamentu, trzaskając drzwiami. Sprawiał wrażenie jakby się bał, że mi zrobi krzywdę.
Nie biegłam za nim, bo nie było takiej potrzeby. Rozejrzałam się, byłam w pokoju Justina. Pewnie przeniósł mnie tutaj, żeby mnie pilnować. W końcu straciłam przytomność.
Spojrzałam na siebie w dużym lustrze i rozpięłam tą koszulę, rozczochrałam włosy i włączyłam muzykę. Szczególnie dwie piosenki: Kiss me, Kiss me i Soul For Sale z filmu Big Love. Spojrzałam jeszcze raz na siebie. Nie miałam na sobie nic specjalnego, moja bielizna ograniczała się do białego stanika i białych majtek. Tylko Justina koszula była niezwykła. Pachniała nim. Pachniała jego perfumami, jego miętowym i zimnym oddechem, pachniała jego wspomnieniami i teraźniejszością. Zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo go potrzebuję i jak bardzo mi na nim zależy. Pragnęłam go w tamtej chwili, ale jego nie było. Nie wiedziałam gdzie był. Chciałam zobaczyć jego ciemno-jasne włosy, jego nieskazitelną cerę, jego równiutkie czoło, brązowe oczy, usta o kształcie serca, jego długą szyję, chude ręce, długie palce, umięśniony i szczupły tors, chciałam zobaczyć jego nogi, jego brwi, rzęsy, jego stopy, nawet jego tyłek i.. wiadomo co. Miałam ogromne pragnienie zobaczenia go w tamtym momencie. Chciałam rzucić mu się na szyję i zacząć go obdarowywać pocałunkami. Chciałam się z nim kochać. Wiele chciałam.
Nie mogłam tak trwać w zamyśleniu, więc włączyłam Chris Brown – Turn Up The Music. Wszystkie moje rzeczy były w tym pokoju, który de facto był pokojem Justina. Chyba tak długo się mną zajmował, że musiał mnie przemeldować do swojego pokoju. Nieważne. Zaczęłam sobie tańczyć, śpiewać i przeglądać swoje ubrania. Wzięłam do ręki jakieś szpilki, położyłam je na podłodze, wybrałam sobie bieliznę.. Czerwoną, koronkową.. Nową.. Ale mniejsza o to. Założyłam obcisłą, ale wygodną sukienkę. Spięłam włosy w jakąś niebanalną fryzurę i pomalowałam rzęsy. Wzięłam jakąś krwisto-czerwoną szminkę i musnęłam nią moje pełne usta. Zobaczyłam, że moja farba do włosów powoli się zmywa i z czerwonych z powrotem stają się jasno-brązowe. Ale trudno. Założyłam buty i wzięłam torebkę, schowałam do niej komórkę i wyszłam z apartamentu. Zamknęłam drzwi i kluczyk zostawiłam w recepcji, w razie gdyby Justin zamierzał przyjść przede mną.
Poszłam na miasto, skierowałam się w stronę najlepszego i najpopularniejszego klubu „Rockers”. Gdy tylko bramkarz mnie wpuścił i otworzył mi drzwi, zobaczyłam morze dymu, świateł i ludzi. Dj puszczał akurat LMFAO – Sorry For Party Rocking. Zaczęłam sobie nucić tą muzykę i powoli dostosowywać się do tej atmosfery. Podeszłam do barku i usiadłam na tym krześle. Zamówiłam sobie najmocniejszego drinka i zobaczyłam Justina przy drugim końcu lady. Popatrzyłam się na niego uważnie i przejechałam go całego wzrokiem. Był bardzo seksownie ubrany. Potem zauważyłam jeszcze kilka sławnych osób. Najwyraźniej trafiłam na środek jakiejś imprezy dla VIP-ów. Nie wychylałam się. Dostałam mojego drinka i złapałam za kieliszek. Bieber do mnie podszedł i usiadł obok.
- Co tu robisz?! – krzyknął, żeby zagłuszyć muzykę.
- Dobrze się bawię, a co?! Coś ci się nie podoba?!
- Przeciwnie. Dobrze, że chcesz zapomnieć o Ashtonie.
- Co? Kurwa, zamknij lepiej ten swój ryj, jak masz mówić o Ashtonie. – Nie wiem czemu, ale na samą myśl o Ashtonie miałam ochotę wyrwać Justinowi jaja. Po co on o nim w ogóle wspomniał?
- Chodź! – krzyknął, złapał mnie za rękę i zaprowadził do takiego dosyć ciasnego korytarza przed ubikacją, gdzie już było dosyć cicho. Jednak nadal dobiegała z sali muzyka.
- Zostaw mnie! – wrzasnęłam i wyrwałam rękę z jego uścisku.
- Uspokój się, kobieto! Ja chcę ci pomóc.
Zrobiłam poker face.
- No wiesz co? Ja myślałam, że to ty potrzebujesz pomocy. Właściwie to co ci się tak nie podoba na tym świecie, że chcesz umrzeć i że się tniesz? Ja ci się nie podobam?! Nie kochasz mnie! Uciekłeś kiedy ci wyznałam miłość..
- Nie, to nie tak.. Kocham cię, ale.. zapomnijmy o tej i o tamtej rozmowie w hotelu. Tak będzie najlepiej.
- Jak zawsze, jak każda inna pierdolona gwiazdeczka myślisz tylko i wyłącznie o sobie! Wal się! – Wybiegłam z tego korytarzyka na salę pełną pijanych, tańczących lub po prostu dobrze się bawiących ludzi. Wbiłam się w środek tłumu tanecznym krokiem i pod samą sceną sobie tańczyłam jakby nigdy nic. Starałam się nie myśleć o Justinie i zapomnieć o tym wszystkim.
Światła zgasły, muzyka ucichła. Przestaliśmy wszyscy tańczyć i zaczęliśmy gwizdać i bić brawo dla dj’a. Na scenę wszedł jakiś wysoki chłopak z gitarą. Na początku nie mogłam go poznać, bo minęło parę lat od kiedy ostatnio go widziałam. Miał krótkie, troszeczkę może dłuższe włosy w kolorze ciemny blond, piękne, niebieskie oczy i śliczny uśmiech.
Usiadł z tą gitarą na krześle na środku sceny, poprawił sobie mikrofon. Wyglądał na zdenerwowanego. Uśmiechnął się do tłumu, potem spojrzał na mnie i uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłam ten uśmiech, bo był bardzo sympatyczny i sprawiał wrażenie, jakbym go skądś znała. Tak, szybko zapomniałam o Justinie.
Chłopak, czy też raczej mężczyzna, chwycił jedną ręką za szyjkę gitary a drugą oparł swobodnie na gitarze. Odgarnął włosy z czoła i uśmiechnął się po raz kolejny. Westchnął głośno na odstresowanie i napił się łyczka wody ze szklanki. Złapał piórko w dłoń (czy też kostkę, jak kto woli). Przejechał po strunach delikatnie i spojrzał na mnie. Puścił mi oczko, a ja się rozejrzałam czy to na pewno było do mnie.
Obserwowałam go uważnie kiedy zaczął grać. W końcu się zaczęło. Zaczął śpiewać.
- I don’t want another pretty face,
I want just anyone to hold.
I don’t want my love to go to waste.
I want you and your beautiful soul.
You’re the one I want to chase.
You’re the one I want to hold.
I won’t let another minute go to waste.
I want you and your beautiful soooooul…
Jego palce bardzo delikatnie grały na gitarze, a jego głos jakby grał w moim sercu. Poznałam go, kiedy tylko usłyszałam jego głos. Ale nie mogłam uwierzyć, że to był on. Nie mogłam uwierzyć, że to był Jesse McCartney.. Wpatrzyłam się w jego oczy i uśmiech, a on nadal śpiewał. Śpiewał jakby dla mnie, bo patrzył tylko na mnie. 
- I know that you are someone special..
To you I’d be always faithful.
I want to be what you always needed.
Then I hope you see the heart in me…
Rozpływałam się przy jego głosie. Uśmiechałam się, a nawet tego nie kontrolowałam.
Skończył śpiewać, jak zwykle z uśmiechem na ustach. Schował gitarę i wyszedł tylnym wyjściem. Poszłam za nim. Na dworze było już bardzo ciemno. Godzina około jedenasta. 




___________________________________________________________________
Mam nadzieję, że się podoba.
Jeżeli tak to proszę o komentarze poniżej, albo chociaż o zaznaczenie, którejś z reakcji poniżej.
Bardzo mi na tym zależy, żeby ktoś, oprócz mojej bardzo dobrej koleżanki,  to czytał.
Dziękuję wszystkim za czytanie i niezanudzanie się przy tym, co piszę.
Kocham Was ;*