piątek, 20 stycznia 2012

Chapter 3.

Odwróciłam wzrok w stronę drzwi, spojrzałam na godzinę w komórce i z powrotem popatrzyłam na tą osobę. Widziałam jak odsuwa powoli kolejny pusty kieliszek po wódce. Coś mnie pokusiło. Wstałam, zakryłam dekolt bluzą i ruszyłam w tamtą stronę. Zanim tam doszłam tajemnicza postać podkuliła do siebie nogi, owinęła je rękoma i oparła głowę o ścianę. Usiadłam przy tym samym stoliku.
- Czego chcesz? – spytała osoba, zachrypniętym, aczkolwiek pięknym głosem.
- To było niemiłe powitanie – spoważniałam. – Ale zapomnijmy o tym. Udajmy, że tego nie było. A szczerze? Nie wiem po co tu podeszłam. Coś mnie tu ciągnęło. Zwłaszcza, że czułam na sobie pana wzrok.
Milczał. Barman poszedł na zaplecze, a on wysunął dłoń, żeby chwycić kolejny kieliszek. Złapałam go za rękę.
- Wystarczy już. Niedługo pan umrze, jak tak będzie pił – stwierdziłam troskliwym głosem.
- A co panią to obchodzi? Jak umrę to nikt się tym i tak nie przejmie.
Puściłam go. Ścisnął mocno kielich i podniósł go, zbliżając do swoich ust. Miał niesamowite usta, trochę jak w kształcie serca, pełne i czerwone, ale troszkę sine. Cała ta postać wydawała mi się taka jakaś zimna, chłodna. Rzucił kieliszek na ziemię. Wystraszyłam się trochę, ale w tamtym momencie zobaczyłam na jego ręce znajomy, drewniany różaniec i znajome rany po cięciu się. Złapałam się za buzię obiema dłońmi.
- Justin? – szepnęłam, jakby sama do siebie.
Wtedy się lekko podniósł. Zobaczyłam jego oczy, jego wspaniałe, czekoladowo-kakaowo-karmelowe oczy. Zawsze miałam do nich słabość. Już wtedy byłam całkowicie pewna, że to był Justin Bieber. Wstał, nie był zadowolony. Rzucił pieniądze na stół i pobiegł do wyjścia, a ja wodziłam za nim wzrokiem. Wyszedł. Zostawiłam pieniądze na ladzie i wybiegłam za nim. Rozglądałam się wszędzie, ale nigdzie go nie było. Żadnego śladu po nim. Kompletnie nic. Cisza i spokój. Żywej duszy nie było na ulicach.
Wróciłam więc do hotelu. Dziewczyny już spały, odłożyłam czapkę i buty i rzuciłam się na łóżko. Chciałam, żeby mi ktoś zrobił masaż stóp, ale Ashton to skurwiel, a dziewczyn nie będę o to prosić. Byłam przemęczona jak na jedną noc. Zasnęłam.
Rano, gdy emocje mi trochę ochłonęły obudziłam się z lekkim kacem, więc zanim ktokolwiek zauważył, że nie śpię, ja znowu zasnęłam. A kiedy obudziłam się za drugim razem i już nie miałam kaca była godzina dwunasta. Szlachta śpi do 12. :)
- No w końcu wstałaś, śpioszku! – krzyknęła Jamie.
- Nie drzyj się tak! Wstałam.. – powiedziałam, przecierając oczy.
- Gdzieś ty była całą noc? – spytała Sarah, przygotowując nam pizzę na obiad.
- Yy.. Noo.. Tu i tam..
- Masz kaca – zaśmiała się Katie. – A do Chestera pójść nie chciałaś z nami. Wolałaś sama sobie popić?
- Jezuu.. Mooożeeee.. Nie wiem, kurwa, nic już nie wiem.. – położyłam się z powrotem na łóżko i zakryłam głowę kołdrą. Katie zaczęła ją zsuwać z mojej twarzy, ale ja na siłę trzymałam ją. Myślałam o Justinie. Kurwa, w pewnym sensie szkoda mi go było. Miał problemy, jak każdy. Tylko nie potrafił sobie z nimi radzić.
- Dalej masz te humorki w sprawie Ashtona? – spytała Jamie.
- Nie.. To znaczy.. właściwie to tak, przecież zrobił mi to przed samym ślubem. A może.. Jezuuu… Dajcie mi wszyscy święty spokój! – krzyknęłam.
Przez chwilę była cisza, słyszałam, że Sarah i Katie wyszły. Ale Jamie została, usiadła na łóżku obok mnie, obróciłam się na drugi bok, żeby nie musiała na mnie patrzeć.
- Ej, daj spokój. Wszystkie widzimy, że masz nas dość. Chcesz.. Wiesz.. Mam bilety lotnicze na Bali, do hotelu.. Właściwie to tylko jeden. Najlepiej dla wszystkich będzie jak po prostu nie będziemy się widzieć przez miesiąc. Dam ci ten bilet, masz go przyjąć jako prezent z okazji niedoszłego ślubu. Zamieszkasz w hotelu 5-gwiazdkowym. Musisz od tego wszystkiego odpocząć, a my wszystkie ci tylko o nim przypominamy. To najlepsze wyjście. Wyjedź.
Przed moją twarz położyła bilet i wyszła. Zastanawiała się nad tym przez krótką chwilę. W końcu zdecydowałam, że polecę. Jamie ma rację, muszę od tego wszystkiego się oderwać. Muszę o tym skurwysynie zapomnieć. Muszę. Nie ma innego wyjścia.
Szybko się przebrałam, wzięłam moją nierozpakowaną walizkę i pobiegłam na lotnisko z tym biletem. Oczywiście zostawiłam im list na poduszce i wymeldowałam się z tego hotelu. Źle się czułam. Na szczęście jestem dziewicą i nie mogłam być w tym momencie w ciąży. Wiecie czemu nie robiłam tego z Ashtonem? Obiecaliśmy sobie, że zaczekamy do ślubu. Ciągle jednak widziałam w jego oczach, że on chce. Chce kurwa tego jebanego seksu! Ok, rozumiem.. Wiem, że to przyjemne, ale to była nasza przysięga, którą złamał. Nie wybaczam złamania obietnicy. Nigdy.
Wsiadłam po chwili do samolotu i leciałam. Znowu ten samolot.. Leciałam, leciałam, słuchałam muzyki, gapiłam się na chmury. 
W połowie drogi obok mnie usiadła pewna osoba w kapturze. Oczywiście był to inny kaptur niż ten co miał na sobie Justin w barze. Czułam na sobie wzrok tej osoby, jak to zwykle ja. Więc zsunęłam spódniczkę trochę niżej i przysunęłam się bliżej okna. Dolecieliśmy w końcu. Nie było żadnych przygód, ani turbulencji.. Nic. Zdjęłam słuchawki z głowy, wyłączywszy muzykę i wysiadłam z samolotu. Na Bali było przepięknie, niesamowite to miejsce. Ludzie chodzili w spódniczkach z bambusa, eukaliptusa.. i.. chuj wie czego. Hotel był tuż przy plaży. Szybko odnalazłam swój pokój i go otworzyłam kluczem, który dostałam w recepcji.
- Omgaash! Ale…. WOW! – krzyknęłam, rzucając walizki na podłogę. Wszystko było zajebiste, ściana od strony oceanu był przezroczysta. Już obczaiłam, że ja widzę wszystko na plaży i w wodzie jakby ściana była ze szkła, a po drugiej stronie jest jakby lustro, więc oni mnie nie widzą. Ok., rozejrzałam się trochę po apartamencie. Był wprost niesamowity. Pochowałam już wszystkie ubrania do szaf i ustawiłam walizkę za łóżkiem. Położyłam się na chwilę, żeby odpocząć od lotu i znów włączyłam mój aparat. Znowu oglądałam Jego zdjęcia, te z galerii handlowej. Znowu o nim myślałam. Błądziłam po omacku w mojej zajebistej głowie, a myśli o nim nie chciały za żadną cenę wyjść z mojej głowy.
W końcu się ogarnęłam i schowałam aparat. Poszłam do łazienki i włączyłam radio. Leciało Will. I. Am – I Got It From My Mama. Może to dziwnie zabrzmi, ale lejąc mydło na ręce kręciłam tyłkiem do bitu tej piosenki. Zaczęłam się obracać w kółko i sama sobie tańczyć do lustra. Wzięłam szczotkę jako mikrofon i ‘śpiewałam’ do niej. Potem poleciało Opti – The Gap.. Taki wiecie, typowy dubstep :) Otworzyłam kabinę prysznicową i weszłam do środka. Oczywiście wcześniej zdjęłam z siebie ubrania. Wykąpałam się. Mokre włosy, które są czerwone, a właściwie lekko bordowe, owinęłam małym ręcznikiem, a sama okryłam tułów większym ręcznikiem, który właściwie ledwo zakrywał mi tyłek.
Wyszłam z łazienki i usłyszałam płacz małego dziecka na korytarzu. Zdjęłam ręcznik z włosów i lekko je rozczochrałam, żeby mi się nie splotły. Podeszłam do drzwi i nacisnęłam na klamkę. Pod pokojem obok stał mały, zapłakany chłopiec, cały brudny i posiniaczony, owinięty kocem. Drzwi od tego pokoju były otwarte. Podeszłam te dwa kroki do drzwi i spojrzałam na osobę, która stała przed tym chłopczykiem. Jej twarz była zakryta cieniem kaptura, który był identyczny jak ten, który miała na głowie postać, siedząca obok mnie w samolocie. 

Chapter 2.

Poszłam w stronę hotelu. W recepcji się dowiedziałam, że dziewczyny już wzięły klucz i poszły. Zaniosłam walizki i usiadłam na łóżku.
- Jesteś! – krzyknęły wszystkie trzy zgodnie. Zdjęłam słuchawki z uszu.
- Jestem, jestem.
Tu nastąpił zbiorowy uścisk. Ale musiałam zadzwonić do mojego Misia. Czyli do mojego przyszłego męża, czyli do Ashtona. Odebrała jakaś kobieta.
- Przepraszam, ale kim pani jest? Czemu pani odebrała telefon mojego Ashtona..?
- Jak to kim? Wiesz co.. Śmieszna jesteś. I w ogóle jakiego twojego? Przecież on jest mój. Co ty gadasz, wariatko? Idź się leczyć.
Rozłączyła się. Nie rozumiałam co się dzieje. Co to kurwa miało być?! Poczułam się jakbym była zdradzana. Wtedy zadzwoniła do mnie moja mama.
- Ślubu nie będzie! – walnęła prosto z mostu.
- Jak to? Mamo, zastanów się co ty mówisz.. – zaśmiałam się. – Niby czemu?
- Moonlight, córeczko.. Moony.. maleńka.. Muszę ci coś powiedzieć..
- Co? – poczułam się źle, mama nigdy tak do mnie nie mówiła. Wiedziałam, że coś się dzieje.
- Ashton to bydlę, to.. no nie ma innego wyrażenia na kogoś takiego jak on… Ashton jest skurwysynem.
- Mamo! Co ty pieprzysz? To mój przyszły mąż!
- Nie! Żadnego ślubu nie będzie! Nie krzycz na mnie i kurde słuchaj, bo muszę ci coś opowiedzieć! Poszłam do niego po te płyty, które miałam odebrać.. I gdy otworzył drzwi stał w samej pościeli i jakaś lafirynda stała za nim, półnaga. Rozumiesz, co do ciebie mówię? Dociera to do ciebie?!
- Ojej, no może.. – zaczęłam od niechcenia.
- Nie ma żadnego może. Powiedział mi, żebym ci nie mówiła. Rozumiesz to? On cię zdradzał z jakąś dziwką. I to tuż przed ślubem! Ogarnij się dziewczyno!
Rozłączyłam się i rzuciłam telefon na łóżko. Wybiegłam na balkon. Zaczęłam płakać, zwinęłam się przy poręczy i ryczałam. Znienawidziłam wszystko. Dziewczyny do mnie podeszły i zaczęły pocieszać. Wiedziały o wszystkim. Ja pierdolę, nic mnie już nie obchodziło. Odepchnęłam je od siebie, wzięłam aparat, płytę Titanic i swój telefon. Zamknęłam się w łazience. Przez płacz nie słyszałam dobiegających zza drzwi krzyków i żalów. Chwyciłam płytę i zaczęłam ją łamać. Jednak prawdziwa miłość już nie istnieje na tym zepsutym świecie. W końcu to do mnie dotarło. Usiadłam na wannie i chciałam usunąć jego numer z kontaktów w telefonie, ale co jak on do mnie zadzwoni? Odbiorę.. A nie chcę z nim gadać. Zapisałam go teraz jako: „Największy skurwiel świata” i schowałam telefon do kieszeni. Wyjęłam aparat z torby i zaczęłam usuwać wszystkie nasze wspólne zdjęcia. Przez przypadek usunęłam jeszcze zdjęcie Pattie. I natknęłam się na zdjęcie Justina. Nie mogłam tego zrobić, nie mogłam napisać tego artykułu, po tym co ujrzałam w jego oczach. Zadzwoniłam do szefa.
- Wypierdalasz z mojego życia! Ta jebana praca też! Zwalniam się! Nie będę już więcej kłamać i niszczyć życia porządnym ludziom. Game Over – krzyknęłam.
Milczał, rozłączyłam się. Mam już to z głowy. Wywaliłam połamaną płytę do kubła i wzięłam aparat oraz telefon. Wyszłam z łazienki i przetarłam łzy.
- Jak się czujesz, kochanie? – spytała Jamie z troską.
- Do dupy, ale dzięki za troskę – powiedziałam i przytuliłam się do niej. Katie i Sarah milczały, siedząc na kanapie. Przestałam już płakać. Postanowiłam żyć dalej. Byłam zmęczona całym dniem już.
- Może pójdziesz z nami na imprezę do Chestera? – spytała Katie.
- Nie, nie mam zamiaru. Idźcie same. Nie będę wam psuć nocy, zabawcie się. Ja tu zostanę i przemyślę parę spraw.. – uśmiechnęłam się sztucznie. Dopiero teraz zauważyłam, że były wystrojone.
- Bawcie się dobrze.. – zapewniłam je, że dam sobie radę i puściłam na imprezę, zostałam sama. Zgasiłam światło i położyłam się na swoje łóżko. Zobaczyłam, że aparat jest wciąż włączony. Canon 5d.. świetny aparat, tak na marginesie. Spojrzałam na ekran. Zdjęcie Justina Biebera. Wzięłam aparat do ręki i podciągnęłam się lekko na łóżku. Uśmiechnęłam się do siebie i przybliżyłam to zdjęcie. Zaczęłam się temu przyglądać uważnie, od góry, do dołu. Przybliżyłam jeszcze bardziej. Zobaczyłam czerwone, pocięte rany na jego nadgarstku. Czyżby.. się ciął? Nie no.. w tym wieku. 24 lata to jednak coś. Chociaż.. Ja sama miałam teraz ochotę to zrobić. Ale..
Wiedziałam, że dziewczyny mi nie pomogą. Nie wiedzą co to znaczy cierpieć. Może.. Nie, to głupie.. Może on wie co to znaczy cierpieć..
Szybko założyłam czapkę i baletki i zamknęłam drzwi od pokoju, dobrze, że one wzięły drugi klucz. Wybiegłam szybko z hotelu. Spojrzałam na zegarek: „Się mi kurwa zachciało biegać po mieście o północy!” – pomyślałam. Sama siebie nie rozumiałam, dlaczego wybiegłam z hotelu, żeby znaleźć kogoś, komu niszczyłam życie.. Biegałam praktycznie wszędzie, ale nigdzie go nie było. Dobiegała już trzecia godzina. Miałam dosyć biegania po mieście. Było już całkiem pusto na ulicach, trochę zaczął padać deszcz. Zdjęłam buty ze stóp i niosąc je w ręce, cała mokra, weszłam do pub’u. Były tam w sumie tylko dwie osoby. Jedna to jakiś klient siedzący pod ścianą w samym rogu, w kapturze i pijący kieliszki wódki. Nie zwracałam specjalnie uwagi na niego. No, a drugi to barman, do którego podeszłam. Usiadłam przy barze i poprosiłam o coś mocnego. Rzuciłam buty na podłogę.
- Nowa? – spytał.                                  
- Proszę?
- Pytam czy jest pani nowa w mieście. Nie widziałem pani wcześniej..
- A, tak, tak. Jestem jakby nowa. Właściwie to przyjechałam tu na odpoczynek. Zwolniłam się z pracy.. – uśmiechnęłam się lekko i zanurzyłam wargi w kieliszku.
- Nie chciałbym być wścibski, ale czym się pani zajmowała? Była pani modelką? A może aktorką.. W każdym razie na pewno jakąś celebrytką.. – zaśmiał się.
- Że co? Niby ja? Na modelkę? Bez przesady. Nie jestem zbyt idealna do tego. Aktorką też nie jestem i nigdy nie byłam, a już na pewno nie celebrytką.
- O, przepraszam. Po prostu jest pani tak niebiańsko piękna, że myślałem.. No nieważne – uśmiechnął się i nalał mi kolejne kieliszki, o które prosiłam. Tak, wódki. Abstynentką to ja nie jestem, kiedy mam problemy.
Śledziłam wzrokiem każdy punkt w sali, każde odbicie w kuflu piwa, każdą butelkę z Tonic’iem.. Mój wzrok zatrzymał się na czarnej postaci w końcu sali. Miała ona kaptur na głowie, który swym cieniem zakrywał oczy, więc ich nie widziałam. Ale czułam, czułam, że ta postać mnie obserwuje. Po prostu czułam, że ta osoba na mnie uważnie patrzy. 

Chapter 1.



- Ehh.. - westchnęłam po raz kolejny. No bo do czego to wszystko prowadzi? Siedzę sobie przy biurku i całe dnie męczę się, pisząc o jakimś debilu.. że niby on jest cudowny, a ja nawet go nie znam. Raz poszłam na jego koncert i zrobiłam mu awanturę za sceną. Kiedyś przypatrzyłam się jak całował się z dwoma dziewczynami. Żadna z nich  nie wiedziała, że jest zdradzana. O to byłam wściekła. One myślały, że są jedyne i że je kocha, a ten skurwiel je zdradzał. Zrobiłam mu niezła zajadkę, ale on już chyba o mnie zapomniał. Byłam tylko kolejną antyfanką. Dlatego dość! Kurwa dość! Ile ja mam lat, żeby pracować w jakiejś kretyńskiej gazecie dla nastolatek? Siedemnaście?! No właśnie nie za bardzo.. Mając 24 lata muszę się wziąć za swoje życie. Muszę znaleźć nową pracę. Wszystkie drzwi otwarte dla mnie.. W końcu mam wysokie wykształcenie, znam kilka języków, oczywiście nie chwaląc się.. No i ogólnie mam wszystko to, co potrzebne na szczycie.

Tylko jest jeden problem.. Jeden cholerny problem.. Dobrze tu zarabiam.. Co jeżeli znajdę pracę, która mi się nie będzie opłacała kompletnie?.. Oj, nie wiem, nie wiem czy nie będę żałowała.. Muszę tu jeszcze wytrzymać. Ostatni dzień. Może jutro się na to zdecyduję. Dzisiaj jeszcze tylko te parę zdjęć i artykuł…
Boże, boję się latać samolotami. Ale czasem trzeba się poświęcić, żeby móc pracować.
- Rany boskie! Co to?! – krzyknęłam, bo poczułam wibracje w kieszeni. To telefon.. chyba nie myśleliście, że.. Nie, nie.. to absurdalne. Wyjęłam go z kieszeni. „Pojebol” – taki napis zobaczyłam.. To mój szef. Jak widać, nazwisko adekwatne do człowieka. I teraz pojawia się moje codzienne pytanie: „Odebrać czy nie?” W sumie dzisiaj nie mam czego się bać, bo planuję rzucić tę robotę. Powoli złapałam za klapkę od telefonu, szybko ją odchyliłam i przyłożyłam telefon do ucha. Zatkałam nos ręką.
- Abonent poza zasięgiem.. – zaczęłam. Tak, wiem. Jestem tchórzem, ale.. Ale boję się mojego szefa. Serio.
- Wiem, że odebrałaś, nie udawaj. Masz już nowe materiały? Te do nowego numeru? – spytał, zmarszczyłam nosek i założyłam nogę na nogę.
- Nie, nie mam jeszcze. Dopiero samolotem lecę..
- Co? Czy to jakiś żart? – zaczął się śmiać.
- Nie. Przecież kurwa samolot miałam dopiero godzinę temu, to muszę jakoś dolecieć tam, no nie? I proszę do mnie nie mówić per „ty”, bo ja nie jestem pana koleżanką.
Zamilczał, rozłączył się. Schowałam telefon do torebki i włączyłam sobie swojego fioletowego iPoda, założyłam na głowę słuchawki nauszne MonsterBeats by Dr Dre.. też fioletowe. Włączyłam sobie O.N.A. – Kiedy Powiem Sobie Dość i odpłynęłam na tym fotelu. Dobrze, że znam polski.. Gorzej by było jakbym nie wiedziała o czym jest ta piosenka. Nie zdążyłam zbyt dobrze spuścić się w ten klimat, kiedy zadzwonił mój telefon po raz kolejny. Zsunęłam słuchawki na kark i wyjęłam telefon. „Misiek ;*” dzwonił. Musiałam odebrać.
- Jak się czuje moje Toffee? – uśmiechnęłam się, gdy usłyszałam jego głos. Od tygodnia się już nie widzieliśmy.
- Teraz już dobrze, karmelku.. Wiesz.. Strasznie za tobą tęsknię…
- Oj, wiem, wiem. Ja za tobą też. Ale to ostatni dzień męki, prawda?
- Tak, kochanie..
- Oglądałaś już ten film na tej płycie na odtwarzaczu, przez odtwarzacz.. yy.. DVD, ze słuchawkami, które ci dałem?
Zaśmiałam się. Uwielbiałam jak plątał wyrazy.
- Nie. Nie oglądałam. A jaki film mi zostawiłeś?
- Zobaczysz – zamilkł na chwilę. – O, skarbie muszę lecieć. Powodzenia. Kocham Cię..
- No, pa, pa, pa, pa.. – przeciągałam. – Też cię kocham.
Rozłączyliśmy się. Schowałam telefon do torebki i wyjęłam przenośny odtwarzacz. Włączyłam go. Podłączyłam słuchawki. Play. Film się zaczął. Od razu wiedziałam jaki tytuł. TITANIC. Ahh.. Kocham ten film. Udowadnia, że prawdziwa miłość jednak istnieje na tym zepsutym świecie.
Dzięki tej rozrywce lot minął mi szybciej. W końcu wylądowałam. Uhh.. Gorąco tu. Wzięłam swoje rzeczy i wyszłam z samolotu. Skierowałam się do najbliższego Starbucks’a. Wzięłam Latte i truskawkowego muffinka. Musiałam poczekać na moją paczkę. Leciały drugim samolotem, bo w tym już nie było miejsca. No, ale okej. To było nieważne, bo otrzymałam wiadomość, że ‘on’ już jest w okolicy. Mam porobić parę zdjęć jak chodzi z mamą po sklepach i tyle. No to idę zrobić te zdjęcia. Wysłałam sms’a dziewczynom, żeby pojechały taksówką od razu do hotelu, bo ja muszę się zająć artykułem.
Dotarłam w końcu do sklepu. Pattie Malette widziałam. Ale jego nie.. Ona szukała czegoś w sklepie typu Empik.. jakiejś książki czy czegoś. Musiałam się odprężyć, bo usłyszałam piski jego fanek. Wiedziałam, że jest gdzieś niedaleko. Zaczęłam rzuć gumę miętową i się nią bawić. Założyłam na uszy słuchawki moje ukochane, puściłam sobie Kobra feat. Ramona23, Paluch i My-Key – Gin & Tonic i ruszyłam w stronę krzyczących dziewczyn. W końcu go zobaczyłam. Kilka zdjęć i schowałam aparat. Stałam tuż przed nim. Ochroniarze odsuwali te wszystkie Belieberki, spojrzeli na mnie. Stał tuż przede mną. Nie przesunęli mnie. Kenny mnie pamiętał. Stałam nieruchomo, ze słuchawkami na uszach. Muzyka na moim iPodzie się przełączyła na Demi Lovato – Skyscraper. Patrzyłam na niego. Miał pochyloną głowę, chciał iść do przodu. Kiedy ich tak zatrzymałam, kierowali się do wyjścia. Patricia czekała na niego w aucie z tego co widziałam. Był jakiś taki przygnębiony. Masakra normalnie. Jeszcze ta muzyka w słuchawkach.. Podniósł głowę spod czapki i spojrzał mi w oczy. Wyglądał jeszcze bardziej smutno. Jego oczy były sine od płaczu, a policzki całe mokre od łez. Chyba nie chciał, żeby ktokolwiek go widział w tym stanie. Chyba dlatego chował się pod czapką i kapturem. Boże, nienawidzę jak ktoś płacze. Stałam tak i nie wiedziałam kompletnie co zrobić. Patrzył mi tak głęboko w oczy, że przesunęłam się na bok. Spuścił znowu głowę, a ja spojrzałam na Kenny’ego. Coś mnie kusiło, żeby wyjąć aparat z torby i zrobić mu zdjęcie. Jakby diabeł chciał, żebym napisała coś o tym, w jakim okropnym stanie był Justin. Ale ja przecież nie chciałam już tej pracy. Praca takiego plotkarskiego dziennikarza jest do dupy. Zniszczyłam już życie tylu gwiazdom.. które kiedyś były normalne. Byłam jebanym paparazzi. Kenny patrzył na mnie z taką miną: „Nie rób zdjęć”. Ledwo się powstrzymywałam od tego. W końcu wyszli. Szłam za nimi. Wsiedli do auta.