wtorek, 28 lutego 2012

Chapter 9.

Przebudziłam się o 5 rano i zeszłam z jego łóżka, niepewnie się trzęsąc ze strachu. Cały czas się bałam, wciąż nie wiedziałam czego. Wczoraj jakby trochę lęku zniknęło, ale dzisiaj znowu to samo. Pobiegłam do swojego pokoju, dotykając cały czas ściany ręką i odwracając się. Troszkę się zlękłam, że mnie ktoś zobaczy i zacznie na mnie krzyczeć, że tak sobie po prostu wyszłam.
Dotarłam w końcu do swojej sali i odłożyłam kule pod ścianę. Weszłam powoli na łóżko i zakryłam się kołdrą. Podwinęłam lękliwie nogi i skurczyłam ciało. Po godzinie zasnęłam.
Zbudził mnie lekarz, szturchając moje ramię.
- Wychodziła pani z pokoju dzisiaj w nocy?
Oczywiście zaprzeczyłam, bo miałam przecież nie wychodzić z sali.
- Mam dla pani przykrą wiadomość..
Nasłuchiwałam uważnie co do mnie mówił. Przeniosłam się do pozycji siedzącej, on usiadł obok mnie, zawiedzony i nieco smutny.
- O co chodzi? Coś ze mną nie tak? Coś nie tak z Justinem?
Spuścił wzrok i dał mi jakąś kopertę. Wyszedł. Z początku się zastanawiałam czy to otworzyć. W końcu się na to zdecydowałam. Wzięłam nóż i rozcięłam kopertę. Wysunęłam z niej jakąś kartkę. Spojrzałam tylko na ostatnie zdanie:
„Czy wyraża pani zgodę na amputację lewej nogi?”
Opadłam na łóżko, rzucając kopertę na ziemię. Zamknęłam oczy. W sumie po tym „spacerze” w nocy straciłam kompletnie czucie w nodze. Zacisnęłam mocno powieki i chwyciłam poduszkę. Przystawiłam ją sobie do buzi i zaczęłam zagłuszać nią swój krzyk. Następnie chwyciłam nóż, którym otwierałam kopertę i wbiłam go sobie do tej lewej nogi. Nie poczułam nic, mimo to wrzeszczałam donośnie.
Wparowała do mnie pielęgniarka i ten lekarz. Uciszyli mnie i uspokoili.
- Wyraża pani zgodę?
- A co będzie jak nie wyrażę? – spojrzałam jej w oczy z nadzieją, że jeszcze wszystko może być dobrze. Ona tylko spojrzała na podłogę i nic nie odpowiedziała. Podniosłam tą kartkę z podłogi i ją podpisałam, no bo co niby miałam zrobić? Po jakichś 30 minutach byłam już w narkozie na sali operacyjnej. Kiedy się obudziłam byłam z powrotem w pokoju szpitalnym, na moim łóżku, w piżamie. Nie miałam nawet odwagi spojrzeć w dół, pod kołdrę.. Nie miałam odwagi zobaczyć tej pustki zamiast lewej nogi.
Nagle w drzwiach ujrzałam postać Justina. Wyglądał normalnie. Nie był już w szpitalnym ubraniu, nie miał na sobie kapci i był ubrany odświętnie. Miał na sobie czarny garnitur, czarne buty, białą koszulę i czerwony krawat. Włosy miał idealnie ułożone. Był wyspany i trzeźwy. Podszedł do mojego łóżka, a ja podparłam się na łokciach i zobaczyłam, że z tyłu za sobą trzymał bukiet róż. Pięknych, dużych, bordowych róż. Pasowały mu do krawatu. Podał mi je i się uśmiechnął. 
- To dla ciebie.
Nie powiem, były piękne, więc je przyjęłam. Trochę nieswojo się poczułam gdy Bieber spojrzał na moje łóżko, na to miejsce, w którym powinna być moja noga. Posmutniał trochę i usiadł na brzegu łóżka, łapiąc moją rękę.
- Kocham cię.. – szepnął i spojrzał mi w oczy. Nie pomyślałam nawet o tym, żeby znowu odwracać od niego wzrok.
Po chwili zaczął mi śpiewać Lifehouse – You And Me.. bardzo subtelnie i dbale. Usiadłam obok niego na łóżku i położyłam głowę na jego ramieniu. Wtedy pierwszy raz spojrzałam w dół. Nie było mojej lewej nogi. Położyłam na to miejsce dłoń i sprawdziłam czy to przypadkiem nie sen. Nie był to sen.. Koszmarem to też nie było. Ale jakoś niespecjalnie pragnęłam płakać lub się smucić. A nawet się uśmiechałam! Czemu? Bo wiedząc, że osoba, która mnie kocha, śpiewa mi do ucha.. no w takim wypadku nie można się nie uśmiechać. Poza tym nie czułam już bólu po tej nodze. Jedna kończyna mniej do cierpienia, nieprawdaż?
- Moonlight.. – zaczął, a ja spojrzałam na jego promieniującą twarz. – Czy gdybym w ciągu najbliższego tygodnia zadał ci pytanie, które odmieniłoby całe twoje życie na lepsze, to czy wtedy odpowiedziałaś „tak”?
- A czy to pytanie, które właśnie zadałeś to to pytanie?
- Nie.
- Aha, to tak. Odpowiedziałabym „tak”.
- Od razu uprzedzam, że to nie to pytanie, ale: zamieszkasz ze mną w jednym pokoju w tym hotelu?
- Dobrze. Zamieszkam.
Wziął mnie na ręce i posadził na wózku ostrożnie. Zawiózł mnie do łazienki, a tam się jakoś przebrałam w normalne ciuchy. Zrobiłam sobie koka na czubku głowy i wyjechałam z tym wózkiem z toalety. Wózek inwalidzki – coś nowego. Wcześniej nigdy nawet nie chodziłam o kulach. Dobrze, że miałam w kimś wsparcie.. Pomijając to, że nie mogłam się z tym wózkiem przez żadne drzwi przecisnąć, a po schodach Justin zniósł najpierw mnie i posadził na parapecie, a potem zniósł ten cholernie ciężki wózek.. z 4 piętra! Posadził mnie powtórnie na wózku i wyszliśmy.. to znaczy właściwie wyjechaliśmy z tego budynku. 
Od razu zawiózł mnie do hotelu i wynajął nam wspólny pokój na samej górze.
Justin przenosił walizki i nasze rzeczy, a ja pojechałam na balkon. Z trudem co prawda, bo nie umiałam na początku się obsługiwać wózkiem, ale jakoś dałam radę. Wtedy przed oczami pojawił mi się kadr z filmu „Pianista”.. ten, kiedy zrzucili kalekę z balkonu. Zaczęłam płakać, obróciłam wózek i próbowałam wjechać z powrotem do pokoju, bo zaczęłam się bać, że ktoś mnie zrzuci z tego balkonu, a ja nie będę mogła się uratować. Nie udało mi się ruszyć wózka, bo lewa nogawka, która bezwładnie i niepotrzebnie zwisała z wózka, wkręciła się w koło. Rzuciłam się do przodu w głąb pokoju i upadłam na podłogę. Nie potrafiłam się ruszyć. Wszystkie moje ruchy były niezdarne i nic nie potrafiłam zrobić.
Bieber przybiegł z ostatnią walizkę, rzucił ją za drzwi i szybko uklęknął na podłodze przy mnie, położył mnie na swoich kolanach i zaczął mnie głaskać po głowie i odgarniać mi włosy z twarzy. Złapał mnie za rękę.
- Justin.. Ja nie dam rady tak żyć. Ja nie umiem tak funkcjonować.. – po policzku spłynęła mi pojedyncza łza, którą ‘moje kochanie’ mi szybko starło.
- Never say never – uśmiechnął się, a ja odwzajemniłam uśmiech.
Wtedy pierwszy raz te trzy słowa stały się moim mottem. To nimi musiałam zacząć się kierować. Nigdy wcześniej nie uważałam tego jako coś, czym mogłabym się kierować w swoim zachowaniu, postępowaniu, życiu i funkcjonowaniu.. Poczułam, że nie mogę się poddawać. Nigdy nie mówić nigdy! Nie wolno tracić wiary w siebie, nie wolno tracić marzeń, nie wolno tracić celów życia.
Posadził mnie na łóżku, a wtedy zadałam sobie pytanie: „Jak ja będę uprawiała seks z jedną nogą?”. Nie ma w tym nic śmiesznego.. Kiedyś w końcu zacznie go to krępować, jeżeli w ogóle się zdecyduje na taki uczynek.
- O czym myślisz? – spytał, robiąc mi herbatę z miodem.
- O niczym – tak właśnie odpowiedziałam. No bo co, niby miałam mu opowiedzieć, że mam kupę obaw, martwię się o wszystko i co sekunda tracę coraz więcej wiary w cokolwiek? Tak miałam mu powiedzieć? Nie potrafiłam..
- Ale na pewno?
- Co na pewno?
- Czy na pewno wszystko w porządku? Widzę, że intensywnie myślisz, bo masz bardzo skupioną minkę.
- Długo jeszcze będziesz robił tę herbatę?
Podał mi kubek i się zaczął śmiać.
- Co się cieszysz, kretynie?
- Bo jestem szczęśliwy, z najodpowiedniejszą osobą i widzę, że trzymają się ciebie żarty.
Uśmiechnęłam się zabójczo zza tego kubeczka.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Chapter 8.

Obudziłam się. Na oko była gdzieś godzina piąta. Wschodziło słońce. Piękny widok. Podparłam się na rękach o piasek na plaży. Poziom wody się trochę podniósł od wczoraj i słona ciągle obmywała mi stopę. Włosy już miałam suche. Oprócz tej stopy byłam cała sucha. Wcześniej nie miałam pojęcia, że tak cholernie beznadziejnie to wyglądało. Stopa była cała spuchnięta i posiniaczona. Bolało cholernie i nie mogłam jej wyprostować.
- KURWA JEGO MAĆ! I CO JA MAM TERAZ ZROBIĆ?! – wrzasnęłam. Wtedy usłyszałam jakiś szelest w krzakach. Wystraszyłam się. Odwróciłam głowę i przesunęłam się lekko w tamtą stronę. Nagle z tej dziury, z tych krzaków, palm i bambusów, wyszedł Justin. Wyglądał okropnie. Miał głębokie, fioletowe podkowy pod oczami, w jednej ręce miał piwo, a w drugiej papierosa. Oczy miał pomalowane na czarno, włosy też miał o dziwo czarne. Spojrzał mi w oczy, kołysząc się od nadmiaru alkoholu. Upadł na piasek obok mnie, docisnął fajkę do piachu. Cały czas się na niego patrzyłam ze strachem i obawą. Był zupełnie inny, niż ten Bieber, którego wykreował show-biznes. Siedział tuż obok mnie. Delikatnie podniósł dłoń i położył ją na moim policzku. Spojrzałam na jego popękane, suche i lekko zakrwawione usta. Wtedy zaczął szeptać do mnie:
- Oto pierwszy part
cudownej miłości.
Namiętny kochanek,
martwej żonie obgryza kości.
Ten ziom nigdy nie pości,
chętnie Cię ugości,
tylko nie krzycz jak będziesz ruchany na stercie kości.

Kompletnie go nie słuchałam. Cały czas wpatrywałam się w jego usta. Wyglądały zupełnie inaczej niż zwykle. Rzucił butelkę po piwie w stronę morza i przyciągnął mnie do siebie natarczywie. Po chwili zaczął mnie nachalnie całować. Dobrze, przyznaję, że nie chciałam się od niego oderwać, bo.. no.. zako.. ZAKOCHAŁAM SIĘ W NIM DO CHOLERY! Nie wiem jak i kiedy to się stało, ale stało się i już. Czasu nie cofnę. Nie wiem co mnie w nim tak pociągało. Próbowałam się wyrwać, ale i tak bym nie uciekła, przez tą zjebaną nogę. Wsunął mi chamsko język do buzi. Czułam jak jeździł po moim podniebieniu, jak wił wokół mojego języka.. Kręciło mi się od tego w głowie. Myślałam, że tam zwariuję. Ale wnet zrobiło się to bardzo przyjemne. Złapał mocno za moje ręce, nie za dłonie, za ręce.. gdzieś między łokciami, a ramionami. Zacisnął mi mocno garściami przedramiona. Byłam bezwładna. Zamknęłam oczy. Zaczęłam odwzajemniać pocałunek. Wtedy on mnie odepchnął i walnął mnie z liścia w policzek. Nie wiedziałam czemu to zrobił. Policzek mi spuchł, zaczęły mi lecieć krople łez z oczu. Wtedy on też zaczął płakać i się do mnie przytulił, po czym ja odepchnęłam jego i się odwróciłam do niego plecami. Jak zwykle nie rozumiałam co się działo.
Wziął mnie na ręce. Odwracałam cały czas od niego wzrok. Nie chciałam mu spojrzeć w oczy. Cały ten czas milczeliśmy. Szedł tak ze mną na rękach, łkając lekko, aż do hotelu. Kuźwa! Przeszedł całe 8 kilometrów ze mną na rękach. A ja nie potrafiłam nawet na niego spojrzeć i mu podziękować. Zaniósł mnie do szpitala i posadził na krześle w poczekalni, sam poszedł do recepcji. 
- Jak to kurwa nie może jej przyjąć?! – krzyknął i wtedy na niego spojrzałam. Zrzucił tej biednej kobiecie z recepcji wszystkie rzeczy i papiery z biurka. Zaczął się szarpać za włosy i zginać z wściekłości.  Potem trzymał się za brzuch. Cały czas na niego patrzyłam. Recepcjonistka wezwała ochronę. Justin przed nimi uciekł, łapiąc mnie w pasie i wybiegł ze mną ze szpitala. Zaniósł mnie do hotelu, do jego pokoju. Posadził mnie na swoim łóżku. Podszedł do drzwi i je zamknął na klucz. Patrzyłam na niego, ale jakoś tak już się nie bałam. Nie obawiałam się już niczego. Oparł się o drzwi, tyłem do mnie i upadł na podłogę. Był cały blady. Wyglądał jakby zemdlał. Zaczęłam wołać pomocy, ale nikt mnie nie słyszał. Zsunęłam się powoli z tego łóżka na ziemię. Rękoma się przyciągając, doczołgałam się do Biebera. Noga mnie bolała jeszcze bardziej niż wcześniej. Czułam jakby mi ją amputowano na żywca.
- Justin.. – szepnęłam i poklepałam go po policzku.
Przetarłam oczy od łez, a następnie położyłam głowę na jego brzuchu, bo nie mogłam nic zrobić. W żaden sposób nie mogłam mu pomóc. Nie mogłam ani pobiec po pomoc, ani zawołać po pomoc. Zacisnęłam dłoń w pięść. Mogłam podnieść jego nogi i oprzeć o jakieś krzesło, żeby mu krew do mózgu dopłynęła, ale jakoś wtedy o tym nie pomyślałam. Przybliżyłam się do jego twarzy i walnęłam go raz, a mocno w policzek z pięści.
- KURWA! OBUDŹ SIĘ, DEBILU! – zaczęłam krzyczeć i bezsilnie walić go z pięści w brzuch. Nic na niego nie działało. Po prostu położyłam się obok niego i patrzyłam na jego bladą twarz. Jego klatka się podnosiła. Oddychał, żył. Usłyszałam nagle kroki na korytarzu, więc pod wpływem emocji zaczęłam walić w drzwi szalenie mocno. Po jakichś 10 minutach drzwi się otworzyły. Stał za nimi facet z recepcji i jakiś koleś, który wynajmował tu pokój. To on usłyszał moje walenie w drzwi.
Mówili coś do mnie, podnosili nas z podłogi, wołali o pomoc, ludzie się zbierali, żeby popatrzyć co się dzieje. Czułam się jakby wszystko było w spowolnionym tempie. Jakbym słyszała gdzieś w podświadomości piosenkę Miley Cyrus – Stay. Z oczu wciąż leciały mi łzy. Jakichś 2 facetów wzięło mnie na ręce, 2 innych wzięło na ręce Justina. Cały czas był blady i miał zamknięte oczy. Widziałam jak go zabierali. Słyszałam karetki. Mnie wsadzili do innego ambulansu. Jedyne co pamiętam to to, że niemiłosiernie się darłam: „Oddajcie mi go! On musi żyć! Ja muszę go widzieć! Oddajcie mi go! Ja go kocham!” – wtedy głos mi się załamywał i przełykałam ślinę. Cała się trzęsłam. Ściszyłam trochę głos, szlochałam i dalej powtarzałam w kółko, żeby mi go oddali. Po jakimś czasie poczułam lekkie ukłucie w szyję i przestałam widzieć. Przestałam też słyszeć. Byłam nieobecna. Wstrzyknęli mi jakiś środek nasenny, żebym przestała się drzeć. Długo nie mogłam się z tego wybudzić potem.
Zawieźli mnie do szpitala. Zoperowali mi nogę i założyli gips.
W końcu się obudziłam. W białej sali. Wszystko było białe, a ja byłam sama. Po paru godzinach przyszedł lekarz. Milczałam.
- Dzień dobry, nazywam się doktor Plump – próbowałam się podnieść. – Proszę na razie nie wstawać. Nie powinna pani wstawać przez najbliższe 24 godziny, wtedy będzie pani mogła wrócić do hotelu. Najpierw muszę zadać pani kilka pytań..
Zbliżył się do mnie i usiadł na krześle obok mojego łóżka.
- Jak się pani nazywa? – nacisnął końcówkę długopisu i założył nogę na nogę. Nie odpowiedziałam na pytanie.
- Dobrze, nie chce pani mówić. W takim razie.. czy jest pani znajomą tego pana, który jest w tej chwili w śpiączce? Mam na myśli tego znalezionego obok pani na podłodze.. Zna go pani? Co się stało?
Lekarz się we mnie wpatrywał, ja nie zamierzałam odpowiadać na żadne pytania. Ale w końcu się odezwałam, kiedy wychodził z sali.
- Nie chciał mnie pan przyjąć.
- Ja?
- Nie chciał mnie pan przyjąć.
- Posłuchaj, nie mogłem cię przyjąć, bo.. – przerwałam mu krzykiem.
- Nie chciałeś mnie przyjąć skurwysynie! Przez ciebie Justin mnie zaniósł do hotelu i przez ciebie zemdlał. To wszystko przez ciebie!
- Jak to przez mnie? Po prostu nie mogłem… - znowu mu przerwałam.
- To wszystko przez ciebie! Przez ciebie! To wszystko przez ciebie!
Cały czas krzyczałam. Znowu mi wstrzyknął coś, tym razem w nogę. Po raz kolejny zasnęłam. Spałam długo. Bardzo długo. Obudziłam się w nocy. Było ciemno. Nie minęły jeszcze 24 h, a ja wstałam o kulach i zaczęłam chodzić po korytarzu, szukając pokoju Justina. Zeszłam z trudem po schodach na piętro niżej. Tam znalazłam jego salę. Weszłam po cichu i położyłam się obok niego. Już nie był blady, nie miał podków pod oczami, nie miał popękanych ust ani czarnych włosów. Kiedy tak się obok niego położyłam, przykryłam kołdrą i wtuliłam, uśmiechnął się. Już wiedziałam, że nie spał. Pchnęłam go lekko i zaczęłam się śmiać. Otworzył oczy i na mnie spojrzał.
- Justin, kretynie.. – pocałowałam go w usta delikatnie i się uśmiechnęłam.
- Śpij lepiej. Dobranoc – zaśmiał się i pocałował mnie w głowę uroczo.
Zamknęliśmy oczy i zasnęliśmy.

Chapter 7.

Wyrwał mi się z rąk i odsunął na drugi koniec pokoju, po czym ostrożnym krokiem poszedł do kuchni. Wrócił stamtąd z dużym… nożem.
- Justin, co ty chcesz zrobić? – milczał i patrzył na mnie groźnym wzrokiem.
Podszedł do mnie, rzucił mnie na ścianę i przyparł do niej mocno, trzymając nóż przy moim gardle.
- Zabiję cię. Zabiję cię, a twoją głowę włożę sobie do słoika.. Chcę cię mieć! Chcę mieć twoje piękno na swoją własność. Będę czesał twoje włosy, malował cię i ubierał. Namaszczę twoje ciało, żeby nie straciło swego blasku, żeby nie zgniło jak każde inne martwe ciało. Naga będziesz leżała nieżywa na moim łóżku i wszyscy będą podziwiać twoje piękno..
Przysunął mi ten nóż jeszcze bliżej gardła. Przemawiało przez niego szaleństwo, sprawiał wrażenie kompletnego wariata! Wydawało się, że potrzebny był mu egzorcysta.. Nie wiem co w niego wstąpiło, ale czułam jakby był w nim diabeł wcielony. Bałam się, bałam się cholernie!
- Justin.. Nie, proszę.. Nie zabijaj mnie.. Nie rób tego.. – zaczęłam płakać. On spojrzał mi w oczy tymi brązowymi ślepkami i powoli zaczął się odsuwać. Upuścił nóż na ziemię i spojrzał na swoje dłonie. Obserwowałam wszystko co robił. Spojrzał na mnie i szybko zaczął szukać czegoś po szafkach, przekopał wszystkie szuflady. Wyjął z jednej z nich jakieś pudełko i usiadł na drugim końcu łóżka, plecami do mnie. Słyszałam jego płacz, wycierał dłonią nos i płakał tak, jakby mu zabili rodziców. Krzyczał na siebie w tym płaczu. Wyjął coś z pudełka. Zbliżyłam się do łóżka, stanęłam przed Justinem.
- Muszę umrzeć.. Nie mogę już żyć.. Co ja zrobiłem? Boże, nie pozwól mi żyć.. Chcę umrzeć.. – powtarzał w kółko, nerwowo trzymając w dłoni żyletkę. Powoli zbliżał ją do nadgarstka. A ja przecież nie mogłam do tego dopuścić. To nie mogło tak być. 
Złapałam delikatnie jego ręce i odsunęłam je od siebie, żeby nie mógł dotknąć żyletką nadgarstka, ścisnęłam go mocno. Upuścił żyletkę. Spojrzał mi w oczy. Był cały zapłakany. Po chwili opuścił wzrok. Nie wiedziałam za bardzo co robić. Chciał się zabić, a ja nienawidziłam samobójców. Nienawidziłam morderców..
- Justin.. – powiedziałam troskliwym głosem. Podniósł wzrok, jego oczy zabłyszczały jak diamenty. On był taki magiczny, czarujący, niezwykły.. Taki kurcze jak anioł ze świecącymi oczkami. Po tym co zobaczyłam w jego oczach, zaniemówiłam. Nie potrafiłam wydobyć z siebie nawet jednego słowa. Kompletnie mnie zamroziło!
- Tak..? – spytał chrypiącym lekko głosem i patrzył mi w oczy. Nie wiedziałam co mu powiedzieć. Zaczęłam jakby zdanie, wypowiadając jego imię.. Chciałam niby coś mu powiedzieć.. Ale.. sama nie wiedziałam co, nie potrafiłam się do niego odezwać w żaden sposób. Mój język, zęby i wargi jakby się zatrzymały. Nie byłam w stanie nic zrobić. Po prostu patrzyłam się niepewnie w jego oczy. Z drugiej strony dotarło do mnie, że go wcale nie znam. Raz wyznawał mi miłość, raz chciał mnie zabić, raz się uśmiechał, raz płakał.. Cieszył się, a potem się krzywdził. Był dla mnie księgą, zamkniętą na kłódkę.. Tylko nie wiedziałam gdzie był od niej klucz.. W zasadzie.. nie miałam pojęcia, co się z nim działo, dlaczego taki był i co ukrywał pod tą maską. Jedyne co do tej pory wiedziałam to to, że naprawdę mu zależało na tym chłopcu.
Myślałam, dużo myślałam. Siedział na łóżku, a ja wciąż klęczałam przed nim, trzymając jego ręce. Żyletka leżała na podłodze. Jakieś 20 minut tak trwaliśmy i patrzyliśmy się w swoje oczy. Byłam ciekawa o czym myślał. Ale - sama nie wiem czemu – uśmiechnęłam się do niego, pocałowałam go delikatnie w policzek, puściłam jego ręce, zabrałam tą żyletkę, którą chciał się ciąć i pudełko, pełne nieużywanych (na szczęście!) żyletek.
- Żegnaj.. – szepnęłam, a zabrzmiało to jak ostateczne pożegnanie, jakbym już nigdy miała go nie zobaczyć.. Podeszłam z tym pudełkiem do drzwi. Wyszłam. Po prostu wyszłam. Nic więcej. Zamknęłam za sobą drzwi, zostawiając go samego w tym zabałaganionym pokoju, siedzącego na łóżku, myślącego, wolnego od cierpienia, które trzymałam w ręce. Nie myślałam już o niczym, po prostu zeszłam na dół, pobiegłam na plażę, powoli się ściemniało. Weszłam na jakieś długie molo, przy którym była przywiązana łódka. Nie chciałam, żeby Justin kiedykolwiek znalazł to pudełko, pragnęłam by zapomniał o cierpieniu. Myślałam, że wyrzucenie tego gdzieś do wody, daleko od brzegu, wszystkiemu zapobiegnie, myślałam, że dzięki temu jego fatalne wspomnienia znikną. Znalazłam w kieszeni słuchawki i mp3. Ja bez muzyki nie istnieję. Bez muzyki mnie nie ma.. Musiałam sobie włączyć Ludacris ft. Mary J. Blige – Runaway Love.. Swoją drogą uważam, że na świecie powinno być więcej takich piosenek z przesłaniem jak właśnie ta lub np. How To Love Lil Wayne’a.. Bo dzisiejszy świat to jedna kurwa wielka KOMERCHA! Wszystko jest mainstreamowe, nie ma już prawdziwości, chociaż właściwie nigdy jej nie było. I nigdy nie było sprawiedliwości.. Za komuny było dobrze? Nie.. Może było lepiej, ale ludzie nie mieli nic. Było po równo.. czyli każdy miał zero. Kiedy był np. Hitler to już kurwa zupełnie było do kurwy nędzy.. Nienawidzę przez to Niemców.. i nigdy nie zmienię mojego stosunku do nich, po tym jak obejrzałam „Pianistę”. Normalnie na filmach nie płaczę, ale.. Zobaczyłam jak gestapo wbili na chatę do Żydów, kiedy ci jedli kolację. Kazali im wstać, jeden z nich, który był kaleką nie mógł wstać, więc nie wstał. Dwóch szwabów wzięło jego wózek na ręce i wyrzucili go z balkonu, reszcie rodziny kazali wyjść na dół. Potem kazali im uciekać i strzelali do nich. Jakby tego było mało, jedna osoba przeżyła, a oni przejechali potem po nim autem, jakby był śmieciem. Żył to go zabili. Był Żydem, wiec miał umrzeć. Jego przeznaczeniem, tak jak reszty Żydów, była śmierć. Nienawidzę jak ktoś się uważa za lepszego! Inny to kurwa gorszy, tak?! Nie wydaje mi się.. Są ludzie, którzy przez własną głupotę tracą wszystko, którzy się kompletnie staczają i niszczą.. Alkoholicy, narkomani, palacze.. Oni wszyscy raz spróbowali i już zaczęli z dnia na dzień spadać coraz bardziej w dół. Skracają sobie życie, może kiedyś będą tego żałować, ale jakbyś próbował im powiedzieć, żeby przestali, wzięliby cię za idiotę i pobili.. Taka prawda, taka jest rzeczywistość.. Za każdym razem kiedy szłam do prasy, do biura, czytałam na jednym murze napis: „PRECZ W KURESTWEM I BRAKIEM ZASAD” i za każdym razem, kiedy to czytałam, zadawałam sobie pytanie: „Jakie zasady miała osoba, która to pisała? Niszczenie pracy innych jest dobre? Ktoś się męczył nad tym murem, rodzice chronią dzieci, żeby je wychować na dobrych, kulturalnych obywateli i nagle przychodzi taki CHUJ i pisze na murze słowo ‘kurestwo’”.. Tak, zawsze tak jest: JEDEN CHARUJE JAK GŁUPI, A DRUGIEGO TO JEBIE.. Przyjebany jest ten świat.. Źle się tu czuję, ale są też ludzie, którzy trzymają mnie na tym świecie i nie pozwalają mi spaść w dół.. Przyjaciele, rodzina.. Dobrych ludzi też jest wiele.. Ale.. wracając jeszcze do „Pianisty”… Przypomniało mi się jeszcze, kiedy mały żydowski chłopiec, po godzinie policyjnej, dziurą pod murem chciał się przedostać na teren getty, w połowie był po stronie getty, w połowie po „lepszej stronie”. Niemcy go zobaczyli i zaczęli go napierdalać sama nie wiem czym. On krzyczał cholernie głośno, cierpiał. Szpilman, czyli tytułowy „Pianista”, złapał go i wciągał do getty, chciał mu pomóc, ale kiedy go  z tej dziury wyjął… on już nie żył. Dlatego uwierzcie mi, że nazywanie ludzi „Żydami” nie jest fair. Ci ludzie naprawdę cierpieli, a wy poniekąd się z nich śmiejecie.. O! Inny przykład z tego filmu jest taki, że kazali kalekom tańczyć i ich upokarzali, uważali ludzi za szmaciane lalki.. Nie mieli kompletnie żadnych zasad. Łzy się ze mnie lały jak woda z wodospadu, kiedy oglądałam ten film, ale… Trochę się tak zamyśliłam, płynąc na tej łódce z pudełkiem żyletek. Nawet nie wiem kiedy znalazłam się jakieś 3 kilometry od mola. Widziałam latarnię. Świeciła, bo było już zupełnie ciemno. 
Rzuciłam do wody to pieprzone pudełko z żyletkami i złapałam wiosła. Zaczęłam nimi miotać jak nienormalna i tak naprawdę to pogarszałam sprawę. Za każdym razem oddalałam się coraz bardziej od brzegu. Fale znosiły mnie na środek morza. Wyjęłam słuchawki z uszu w końcu i odwróciłam się plecami do brzegu, nade mną były gwiazdy, pode mną woda, w której.. możliwe, że pływały rekiny. Schowałam mp3 do kieszeni i złapałam bardzo mocno za wiosła. Zaczęłam się ruszać w przód i w tył, jakbym robiła brzuszki. Wiosłowałam coraz szybciej i coraz silniej. Nie odwracałam się nawet do tyłu. Nie było czasu na takie pierdoły. Ręce mnie zaczęły boleć jak cholera, jeszcze do prawej mi się wbiła drzazga, ale i tak wiosłowałam. Nie przestawałam. Najważniejsze dla mnie było to, żeby wrócić na brzeg jakimś cudem. Może i źle, że tak sobie popłynęłam w morze, nic nikomu nie mówiąc, ale co miałam zrobić? Chciałam uwolnić mojego ulubionego przyjaciela – debila od żyletek. Przecież nie mogłam tak po prostu pozwolić, żeby sobie cierpiał. Do oczu zaczęły mi napływać łzy, ale sama nie wiem czy to ze strachu, czy od wiatru, który zabójczo szybko zaczął wiać. Czułam się jak na Titanicu, no dobra, może nie.. Ale i tak było potwornie.
W końcu poczułam, że w coś przywaliłam łódką. Z nadzieją, że to mój kochany brzeg, mój najukochańszy ląd odwróciłam się. Co zobaczyłam? Skały. Cudnie wprost. SKAŁY! Wpłynęłam na ostre skały. Po chwili zaczęła mi przeciekać łódka. Woda się lała do środka jak szalona, musiałam się ratować. Wyskoczyłam z łódki do wody i oczywiście przywaliłam stopą o skałę. Miałam wrażenie, że te SKAŁY były wszędzie. Czułam, że leciała mi krew ze stopy i wiedziałam, że skręciłam sobie kostkę. Nie mogłam płynąć, nie mogłam iść. Zostało mi tylko wdrapywać się i czołgać po tych skałach na stały ląd.
Przeczuwam, że minęła godzina od czasu, kiedy męczyłam się w skałach, do czasu, kiedy siedziałam na brzegu sama i ryczałam. Stopa mnie bolała strasznie, a plaża na której wylądowałam była po drugiej stronie wyspy. Po tej stronie nie było nikogo. Od naszej hotelowej plaży do miejsca, w którym byłam, było tak na oko jakieś 8 kilometrów. Tak daleko mnie morze zniosło. Musiałam przeczekać do rana z tą zrąbaną stopą i drzazgą w dłoni, na plaży, której nigdy nie widziałam, a wokół mnie była tylko ciemna noc. Fale kołysały mnie do snu. Szum morza koił mój ból. Nie myślałam nawet o tym, co mogło mnie tam spotkać, nie zastanawiałam się nad tym, co jest po tej stronie wyspy.. ZASNĘŁAM.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Chapter 6.

Powoli robiło się ciemno. Co ja pieprzę?! Już od przeszło 20 minut było ciemno jak w dupie. A przyznaję, że Justin w tym kapturze po ciemku i z podkowami pod oczkami wyglądał strasznie. Jakby chciał mnie zabić co najmniej.
- Nie możesz nic widzieć w moich oczach, bo jest ciemno.
- To co, że jest ciemno? Ja to wyczuwam w powietrzu. Wiem, że się teraz boisz. Nie wiesz co zrobię.
„Boże, ja chcę do domu!” – pomyślałam.
- Chcesz do domu? – przybliżył swoją twarz do mojej szyi i zachowywał się trochę jakby sprawdzał w ten sposób kim ja jestem, co myślę i co robię.. Poczułam się jakby miał nade mną kontrolę.
- Justin, przestań! – krzyknęłam. A on to zignorował i dalej kontynuował.
- Boisz się mnie. Myślisz, że ci coś zrobię.
Zaczął się do mnie przybliżać coraz bardziej, a ja się odsuwałam do tyłu. Upuściłam gdzieś moje okulary przeciwsłoneczne i torbę. On przysuwał się coraz bardziej, ja odsuwałam się coraz dalej. W końcu trafiłam na skałę i nie mogłam już nigdzie się schować ani uciec. Położył ręce na tej skale na wysokości mojej głowy, oparł się o moje ciało swoim ciałem i tak przede mną stał, patrząc mi się w oczy. Jego wzrok wydawał się przy świetle księżyca jakby był jakiś magiczny, nie no może nie magiczny, ale bardziej jakby ze Zmierzchu wyszedł. Bałam się coraz bardziej. Nie wiem czemu, ale złapałam za jego kaptur i mu go zdjęłam. On się zaśmiał i przybliżył jeszcze bardziej do mnie, tak, że stykaliśmy się genitaliami. Nie odrywał wzroku od moich oczu. Ja od jego też nie.
- Co ty chcesz ze mną zro.. – zaczęłam, ale przerwał mi sowimi ustami. Zaczął mnie namiętnie i brutalnie całować. Nie mogłam się wyrwać z jego objęć. Ale dałam mu za wygraną, bo w gruncie rzeczy chciałam tego jak cholera. Pociągał mnie, można by rzec, że ‘czułam do niego pociąg’.
- Baby, you are so damn sexyyy.. – szepnął mi do ucha zmysłowym głosem, na chwilę odrywając się od moich ust. Chciałam go strasznie, ale na samą myśl o tym co mi zrobił Ashton po prostu nie mogłam. Nie mogłam całować Justina. Mimo, że pragnęłam tego jak cholera.
Wyrwałam mu się gwałtownie z objęć i spojrzałam na niego. Patrzył na mnie zdezorientowany. Odwróciłam się i zaczęłam biec. Biegłam jak najszybciej do hotelu, wzięłam mój kluczyk i pobiegłam po schodach na górę. Po drodze kopnęłam zła drzwi Justina i stanęłam przed swoimi drzwiami. Nie mogłam znaleźć, który klucz był od apartamentu, ręce mi się trzęsły jak galaretka. Sama nie wiem co wtedy czułam. Szybko się rzuciłam na łóżko i zaczęłam płakać w poduszkę jak nastolatka, którą właśnie rzucił chłopak. Dziwne. Ale nigdy nie mówiłam, że jestem normalna. Bałam się. Czego? Hmm.. Życie ciągle mi stawia jakieś pytania, na które nie znam odpowiedzi. Moje życie to zagadka. Podczas tego płaczu zasnęłam, a gdy się rano obudziłam szybko się umyłam. Ubrałam się jakoś w miarę i usłyszałam jakiś hałas, dobiegający z pokoju Justina. Pobiegłam szybko pod jego drzwi i zaczęłam pukać. On krzyczał, że siebie nienawidzi. Zaczęłam walić w jego drzwi pięściami jak szalona wariatka. W końcu mi otworzył. Wparowałam tam na chama i zobaczyłam mega burdel. Łóżko leżało jakoś bokiem, lampa była rozbita, wazon potłuczony leżał pod ścianą. Dywan był mokry od wody z kwiatka, z Biebera ręki sączyła się krew. Nie był to miły widok. Pobiegłam szybko do swojego apartamentu i przyniosłam stamtąd wodę utlenioną i jakiś bandaż.
- Czemu Justin?! Co się dzieje?
- Muszę cierpieć. Ból jest przyjemny. Teraz jestem wolny. Jestem kowalem własnego losu. Chcę umrzeć, bo czuję się niespełniony.. – majaczył.
- Justin, ale czemu? Dlaczego chcesz umrzeć? Nie jesteś wolny. Jesteś niewolnikiem żyletek i cierpienia. Człowieku, ty potrzebujesz psychologa! – krzyknęłam.
- To żyletki są moimi niewolnikami. To ja je trzymam za języki i mogę ich użyć w każdej chwili. Nie potrzebuję psychologa, tylko ciebie – szepnął.
- Mnie? A po co? Do czego ja ci potrzebna? Daj spokój!
- Potrzebuję cię bardziej niż powietrza, którym oddycham. Pragnę cię bardziej niż spełnienia marzeń. Marzę, żebyś była moją magią. Myślę o tobie, bo cię potrzebuję do życia. Kocham cię! I tylko ty możesz mi pomóc. Tylko ty możesz mnie uwolnić od cierpienia, i tylko ty możesz uwolnić Mark’a od jego rodziców.
Jemu naprawdę zależało na tym małym chłopcu. EJ! ALE CHWILA! Czy.. czy on przed chwilą mi wyznał miłość?
- Jakie było 5 zdanie, bo nie dosłyszałam? – spytałam.
- I dobrze. Nie powinnaś o tym wiedzieć.
- Justin! – krzyknęłam, po policzkach znowu spłynęły mi łzy i rzuciłam mu się na szyję. – Słyszałam wszystko!

Chapter 5.

Skierowałam się z powrotem do łazienki i odłożyłam ręcznik na półkę. Oczywiście starannie go złożyłam, bo jestem taka trochę pedantyczna.. Ubrałam szybko czystą, czerwoną bieliznę.. Tak, seksowną.. Została mi po tych chwilach, spędzonych z Ashtonem. Naprawdę go kochałam. No ale co zrobić. Nie mogę kochać skurwysyna! Nieważne. Postanowiłam się trochę rozkręcić i założyłam strój kąpielowy, duży, słomiany kapelusz, wzięłam torebkę, owinęłam sobie jakąś chustę wokół tyłka, żeby nie było i założyłam okulary przeciwsłoneczne. Włosy już mi trochę wyschły. Poszłam na plażę, zajęłam jakiś swój leżak i się rozłożyłam tuż nad wodą, tuż nad falami. Przy samym przypływie. Zaczęłam sobie smarować ciało olejkiem czy też balsamem przeciw promieniom słonecznym. Nie miałam tylko jak posmarować sobie plecy.
- Może pomóc? – usłyszałam głos gdzieś obok mnie. Odwróciłam się i zobaczyłam Justina.
- Tak, proszę – uśmiechnęłam się, odkryłam plecy i podałam mu olejek. Usiadł za mną okrakiem i zaczął delikatnie wcierać mi ten balsam. Robił to tak jakoś z uczuciem, spokojnie.
- Just… - zaczęłam, ale mi przerwał.
- Proszę, nie mów do mnie po imieniu, nie bez powodu mam okulary przeciwsłoneczne, bluzę i długie spodnie na sobie, nie chcę, żeby ktoś zobaczył mój tatuaż na nodze i na podbrzuszu.. Poznaliby mnie, a przecież nikt nie może wiedzieć, że tu jestem. Dlatego też nie chodzę z Kenny’m.
- A, dobrze. Przepraszam. Więc.. Derek – uśmiechnęłam się, bo on sam się kiedyś przecież tak nazwał dla jaj, kiedy ludzie go spotkali na ulicy. – Posłuchaj, Derek.. Nie chcę, żebyś sobie coś o mnie pomyślał. Ja nie chciałam tak cię kusić.. Znaczy wiesz.. Siedzieć obok ciebie półnaga. Nie chciałam cię też urazić jakoś tym zachowaniem. Przepraszam ..
- Ćśś.. Nic się nie dzieje. Nie masz za co przepraszać – chyba pierwszy raz od bardzo dawna się uśmiechnął. Sprawiło mi to przyjemność. Przecież kochałam jego uśmiech od kiedy pierwszy raz go zobaczyłam.. Był jak najpiękniejsze wykonanie mojej ulubionej piosenki, z którą wiążą się same miłe wspomnienia. 
- Czemu tak na mnie patrzysz? – zaśmiał się. Normalnie kurcze się zaśmiał. Dziwnie się wtedy poczułam, bo to dzięki mnie się zaśmiał. A przecież.. Minęły chyba 2 lata od jego ostatniego śmiechu.
- Patrzę na ciebie, bo jesteś bardzo przystojny, Derek. Nie mogę od ciebie oczu oderwać - powiedziałam śmiesznie i się uśmiechnęłam do niego.
- Przestań. Tylko mnie pocieszasz.. – zaczął mi mocniej smarować te plecy jakby był na mnie zły.
- Nie ‘przestań’ tylko ‘masz rację’. Jesteś o wiele przystojniejszy niż ten.. idiota – Ashton.
- Kutcher?
- Nie! Jaki Kutcher? Ashton.. No mój były Ashton. Mieliśmy wziąć ślub, a on z siebie zrobił męską dziwkę. Zdradził mnie – teraz to ja się wkurzyłam.
- Już dobrze. Możesz o nim zapomnieć. Ja ci pomogę o nim zapomnieć.
- Nie pomożesz. Ja nie umiem o nim zapomnieć. Skrzywdził mnie, rozumiesz? Zresztą po co ja to mówię jakiejś gwiazdce..
- Ej!! Tylko mnie tak nie nazywaj. Nie jestem żadną pieprzoną gwiazdką. Jestem normalnym człowiekiem!
- Przepraszam cię, ale jestem zła. Mogę być trochę niemiła dla ciebie, ale nic na to nie poradzę. Jak tylko pomyślę o Ashtonie to uświadamiam sobie, że każdemu facetowi urwałabym teraz jaja z zimną krwią za to jakimi kutasami są dla kobiet – próbował coś powiedzieć, ale mu przerwałam. – Tak, wiem. 2Pac był wyjątkiem. Ale on był jeden na 6 miliardów. Więcej takich nie ma na tym świecie.
- Przestań, ja nie jestem taki jak myślisz. Ja się wzorowałem na 2Pac’u, jeśli chodzi o związki damsko-męskie. Jak do tej pory źle trafiałem. I też mam takie zdanie o kobietach jak ty o mężczyznach.
Uśmiechnęłam się lekko w tej złości.
- Znam twoje imię. Chcesz poznać moje? – spytałam jak kurde z Sali Samobójców.
- Tak, chcę. Bardzo.
- Moonlight.
- Ale co „moonlight”?
- Mam na imię Moonlight. Mama mnie urodziła w nocy, spojrzała przez okno. Krzyknęła: „Moonlight!”, ja się rozpłakałam i tak mi zostało. No co tu dużo gadać..
- Ładnie. Oryginalnie.
- A tam, ja nie lubię mojego imienia. Zresztą.. Widzę, że ci się humor poprawił, więc lepiej chyba pójdę do mojego apartamentu.
Złapałam za moją torbę, założyłam kapelusz, okulary schowałam do torby i skierowałam się w stronę drzwi od hotelu. Pod samym wejściem poczułam jak Justin łapie mnie za rękę i ciągnie gdzieś. Gdzie? Wtedy nie wiedziałam.
- Gdzie ty mnie zabierasz?! – krzyczałam, ale mnie nie słuchał. Zaprowadził mnie na jakieś totalne odludzie, gdzie był ogromny wodospad.
- Noo.. I co z tym wodospadem? Piękny jeżeli o to chodzi, ale co poza tym?
- Nic. W sumie nic. Tu znalazłem Mark’a.
- Mark.. To ten mały chłopiec z hotelu?
- Tak, mieszka niedaleko w zaniedbanej dzielnicy.
- Ale czemu mnie tu przyprowadziłeś? No i czemu MNIE?!
- Bo tak. Wydałaś mi się osobą, która nadaje się na przyjaciółkę.
- Pyff.. Ja bym miała się przyjaźnić z tobą? A kim ty niby jesteś, żebym miała się z tobą przyjaźnić? – tu pojawił się mój udawany śmiech.
Justin złapał mnie mocno za nadgarstek i potrząsnął całym moim ciałem.
- Co ty robisz? – spytałam.
- Otrząśnij się! Nie jesteś taka. Nie jesteś suką, więc jej nie udawaj. Masz nikogo nie udawać. Masz być sobą inaczej magia przestanie istnieć.
- Co? Jaka magia? Co ty pieprzysz? Poza tym nie znasz mnie i nie możesz wiedzieć jaka jestem naprawdę.
- Widzę to w twoich oczach – spojrzał mi głęboko w oczy, założył kaptur na głowę. 

Chapter 4.

Patrzyłam się na twarz tej osoby, mimo, że przez kaptur nic nie widziałam. Znów czułam na sobie wzrok. Musiałam w końcu się odezwać. Tylko nie wiedziałam do kogo, do tego chłopca, czy do tajemniczego gościa. Po chwili kucnęłam przy tym małym. Trzymałam ręcznik, żeby mi nie spadł. Mały się do mnie przytulił i zaczął płakać.
Korytarzem właśnie przechodzili inni goście hotelu. Ja tylko poczułam pociągnięcie za moją rękę i po chwili znalazłam się w owym pokoju. Drzwi się zamknęły. Stałam teraz obok tej dziwnej i tajemniczej postaci, a na łóżku obok usiadł ten mały, tuląc się bardziej do koca i płacząc.
- Tylko nie krzycz. Nikt nie wie, że tu jestem – szepnął tajemniczy osobnik. Skinęłam głową, zgadzając się na wszystko.
Wtedy osoba podwinęła lewy rękaw i zobaczyłam ten drewniany różaniec. 
Podwinęłam prawy rękaw i zobaczyłam pocięte rany. Zsunął z głowy kaptur. To był Justin Bieber. Nie spodziewałam się tego, ale to był on. Nie wiedziałam co powiedzieć i wpatrywałam mu się w oczy. Nie wierzyłam w to. Wysunęłam lekko przed siebie prawą dłoń i musnęłam jego policzek. Otarłam mu łzę.
- Czemu płaczesz? – spytałam z drżącymi ustami i niepewnością w załamanym głosie.
- Bo muszę.
- Nic nie musisz.
- Nie jestem wolny. Muszę cierpieć.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Mały do mnie podszedł. Justin uklęknął obok niego, potem zaprowadził go do łazienki, żeby się przemył. Wrócił do mnie i usiadł na łóżku. Ja stałam na przeciwko i nic nie mówiłam.
- Kim on jest? Twoim synem? Kim? – spytałam.
- Nie mogę ci powiedzieć.
- Czemu?
- Bo jesteś paparazzi. Przez takich jak ty muszę cierpieć, muszę się ukrywać. Nikt nie może wiedzieć, że on do mnie przychodzi, rozumiesz?! – lekko podniósł głos, wstał i przyparł mnie mocno do ściany, trzymając mnie tą pociętą ręką i patrząc mi prosto w oczy z pewną tajemniczością. Szczerze? Bałam się wtedy. Bałam się cholernie. Nie znałam jego zachowań, nie wiedziałam do czego był gotów. Nie miałam pojęcia co zamierzał zrobić. Nasze twarze były bardzo blisko siebie. Spojrzał tylko na moje usta i się odsunął. Poszedł do łazienki po tego chłopca. Stałam przez 30 minut jak słup soli, że tak się wyrażę.. no jak nieruchoma dupa w ręczniku. Haha. Stałam i go obserwowałam. Obserwowałam każdy jego ruch. Naszykował coś do jedzenia temu małemu.
Chłopiec w końcu poszedł, nie wiem gdzie. A my zostaliśmy sami w tym pokoju. Zdawałam sobie sprawę z tego, że ściany są dźwiękoszczelne, więc nikt by mnie nie usłyszał w razie krzyku. Wiedziałam też, że nikt by mnie nie zobaczył, bo w końcu nie było okna, tylko ta dziwna szybo-lustro-ściana. Przez chwilę była cisza, ale nie mogłam już wytrzymać i walnęłam prosto z mostu:
- Nie martw się. Rzuciłam robotę. Naklęłam na tego chuja z redakcji i jestem wolna – uśmiechnęłam się do niego.
- Mam ci wierzyć? – spytał podejrzliwie.                   
- Po prostu zaufaj. Dowodów nie mam.
- Ufam, chociaż cię nie znam.
- Ale powiedz.. Proszę.. Kim jest ten mały? – no musiałam o to zapytać.
- Dobrze. Ale masz nikomu nie mówić. On mieszka w patologicznym domu, rodzice go nie kochają, piją, palą, biją go… On nie ma życia.. Nie ma normalnego życia.
- Ale.. co on robi u ciebie?
- Pomagam mu. Czasem się nim opiekuję. Przychodzi tu do mnie kiedy potrzebuje pomocy.
- A właściwie.. Powiedz.. To ty leciałeś ze mną w samolocie?
- Tak.
- I.. leciałeś tu specjalnie dla tego chłopca, znałeś go wcześniej?
- Ja tu w pewnym sensie mieszkam. Ciągle tu do niego przylatuję.
- Lubisz go? – spytałam, siadając razem z nim na łóżku.
- Lubię. Jest bardzo mądry jeśli chodzi o życiowe sprawy. Chciałem.. – tu zamilknął.
- Co chciałeś?
- Chciałem go adoptować, ale nie mogę. Nie mam żony. Muszę się ożenić.
- Tak ci na nim zależy?
- Przyjaźnimy się i szkoda mi go. Pokochałem go jak syna.
- A ile on ma lat?
- Osiem.
Zwróciłam wzrok na Justina i patrzyłam się na jego twarz, podczas gdy on patrzył w podłogę. Spojrzałam na jego prawą rękę.
- Dlaczego to robisz?
- Co robię?
- Tniesz się. Dlaczego się tniesz? Czujesz się przez to lepszy?
Spojrzał na mnie i podwinął prawy rękaw, chowając ślady po żyletkach.
- Czuję się przez to lepiej – uśmiechnął się delikatnie. – Czemu zadajesz tyle pytań?
- Z przyzwyczajenia. A ty jak nie chcesz to nie musisz odpowiadać..
- Chcę. Ale na razie po prostu pomilczmy chwilę – powiedział i popatrzył na mnie.
Spełniłam prośbę. Milczeliśmy. On cały czas na mnie patrzył, a ja odwracałam wzrok. Czemu? Sama nie wiem. Ale miał w sobie coś takiego.. niezwykłego.. Kurde, no nie wiem co. Po prostu był inny. I choć wcześniej mi się wydawało, że jest tylko kolejną durną gwiazdką, o której pisałam.. Teraz jakoś zmieniłam zdanie po tym co zobaczyłam. Mimo, że uciekałam wzrokiem od jego oczu, widziałam pewnego rodzaju cierpienie w jego ‘paczadłach’. Nie wiem czemu. Nic już nie wiem. Moja wiedza jest zbyt mała, żeby to wszystko tak po prostu ogarnąć. Jego nie da się ‘ogarnąć’. On jest jakiś inny.
W pewnej chwili przestałam myśleć, bo poczułam, że się przysunął do mnie trochę bliżej. Czułam jakby.. jakby chciał się do mnie przytulić. Ale co ja gadam! Ludzie nie przytulają się tak po prostu, bez powodu. Przecież to głupie. Przyjemne, ale głupie. Nie ma ludzi ‘głupich’. NIKT się nie przytula, bo chce poczuć ciepło, bijące od innej osoby. Nikt! Chociaż..
Szybko wstałam, bo zdałam sobie sprawę, że wciąż jestem w samym ręczniku i miałam mokre włosy. A ja wiem jak to działa na facetów.. Bynajmniej na tego skurwiela, z którym byłam -_-.
- Muszę.. Yy.. Ten.. Muszę iść do siebie do pokoju.. – mówiłam jakaś taka roztrzęsiona  nerwowa. – Taaak… To.. No, idę.. – zakończyłam swój monolog.
On cały czas milczał i mnie obserwował, jakby chciał mówić do mnie zmysłem wzroku. Rzuciłam mu tylko ostatni uśmiech i wyszłam. Zamknęłam starannie drzwi od jego apartamentu i przeszłam te 2 kroki do mojego. Zamknęłam drzwi. Jak się poczułam? Dziwnie. Trochę tak, jakby rodzice mnie przyłapali na seksie.. Ok, to zły przykład, ale trochę tak się czułam. Cóż.. Nic na to nie poradzę.