niedziela, 19 sierpnia 2012

Chapter 20.


Nowy narzeczony – brzmi jak tytuł kolejnej, nudnej komedii romantycznej, wyprodukowanej w USA, w której fabuła jest tak oczywista jak fakt, że nie będziesz latać, nie mając skrzydeł.
Możesz też przypuszczać, że po kolacji zrobiliśmy… „TO”. Jednak nie mógłbyś być w większym błędzie. Całą drogę do chatki się śmialiśmy i rozmawialiśmy, Justin wrzucił mnie do wody, a ja z niej wybiegłam i rzuciłam mu się na barana. Tak go zaskoczyłam, że wylądowaliśmy w piachu i wyglądaliśmy jak ze szkoły przetrwania. Swoją drogą, uciekając przed pragnącym zemsty Justinem, potknęłam się o jakiś konar i wywaliłam, łamiąc przy tym obcas. Bieber się oczywiście śmiał i obiecał, że kupi mi nowe buty. Odmówiłam. Wystarczy, że zapłacił hotelowi za moją bezmyślność.
W domku czekał na nas Mark. Włączyliśmy TV i obejrzeliśmy Transformers 3. Potem.. No cóż. Woleliśmy, żeby chłopak nocował z nami, więc położyliśmy go na moim łóżku, a sami spaliśmy na hamaku. 
Obudziłam się w dosyć dziwnej pozycji, bo czułam między nogami jakiś ucisk. Podniosłam się z Justina i zobaczyłam to, czego mogłam się spodziewać. Wolałam udawać, że nic nie widziałam i pójść się przewietrzyć. Szybko dogonił mnie 8-latek, ubrany w to samo, co poprzedniego dnia.
- Pani Watson, pani Watson! – krzyczał za mną, biegnąc chyba najszybciej jak potrafił. Kiedy do mnie dotarł wtulił się, a ja tylko pogłaskałam go troskliwie po główce. - Bardzo ładnie pani wygląda w tej piżamce – westchnął.
- Nie podlizuj się już tak – zaśmiałam się i poklepałam go po pleckach. Kucnęłam przed nim i złapałam jego dłonie.
- Czy tatuś już mówił pani co zamierza?
Przez chwilę zastanawiałam się czy dobrze usłyszałam, aż w końcu to do mnie dotarło.
- Jaki tatuś? Nie znam twojego tatusia.
- Pan Bieber.. No Justin no. Mój tata.
Rozchyliłam usta, nie ukrywając zdziwienia.
- Justin to twój tata?
- Znaczy.. Nie biologiczny, ale tata. To on mnie wychowuje przecież.
- Aha, no to kamień spadł mi z serca, że nie biologiczny – zaśmiałam się.
- Proszę pani, ale ja nie chcę już wracać do domu. Ja nie chcę do rodziców – wtulił się we mnie i zaczął płakać.
- Już dobrze, spokojnie. Ale czemu mi to mówisz? – pogłaskałam go po pleckach i z wielkim trudem wzięłam tego kloca na ręce. Dotarło do mnie, że nie jestem superbohaterką i nie mam supersiły. Ale nie dałam za wygraną i trzymałam go, tuląc do siebie, jakby był najlżejszą istotą na kuli ziemskiej.
- Bo chcę, żeby pani była moją mamusią. – Zamknął oczka i troszkę się uspokoił.
- Jak to mamusią?
- Bo pani weźmie ślub z tatusiem. I tatuś chce, żeby pani była moją mamusią.
- Co? - Po raz kolejny nie zdołałam ukryć zdziwienia. Czy Justin chce się ze mną ożenić tylko dla tego małego chłopca?
- No powiedział, że mnie za..a..da..ptuje..cie. Czy coś takiego.
- Adoptujemy? Ale.. Jak? Boże, przecież ja się nie nadaję na mamę.
- Nadaje się pani. A tata panią kocha. Ja też panią kocham. – Ziewnął. Stwierdziłam, że raczej się nie wyspał po tym oglądaniu filmu. – Kocham cię, mamo.. – szepnął i usnął.
Nie wiem nawet kiedy po moim policzku spłynęła łza. Łza szczęścia, tak mi się wydaje. Nie stało by się tak, gdyby nie powiedział do mnie tego ostatniego zdania. Wtedy poczułam, że muszę. Muszę go adoptować. On mnie potrzebuje.
Po powrocie do chatki ułożyłam go do snu, a z Justinem zaczęłam poważnie rozmawiać. Stwierdziliśmy, że nie ma po co czekać i trzeba wziąć ślub jak najszybciej, żeby móc adoptować tego malucha.

W taki właśnie sposób już dwa dni później cała plaża była przygotowana, a ja nie spotkałam się z Justinem przez 24 godziny. Wieczór panieński spędziłam z mamą, Katie, Sarah i Demi – dziewczyną Jesse’go. Miało się obyć bez żadnych specjałów, ale okazało się, iż Katie z Sarą zamówiły jakiegoś striptizera. Trochę się porozciągał przy mnie, powyginał, a przed zdjęciem bielizny wolałam go powstrzymać. Kiedy sobie poszedł, zjadłyśmy pudełko lodów i wypiłyśmy szampana. Nie szalałam jakoś specjalnie. Nie jestem jedną z tych, co ćpają i chleją do samego rana, a podczas ślubu mają kaca.
W każdym razie kiedy już nadszedł ten dzień, rano oczywiście wzięłam kąpiel, zajęłam się trochę swoim ciałem etc. I tak, będąc w łazience, stanęłam w samej bieliźnie przed lustrem. Spojrzałam na całe swoje ciało, od kabaretek, przez podwiązki i majtki, obracając się tyłkiem do lustra, poprzez stanik.. aż po twarz, która była rozjaśniona i delikatnie umalowana. Wiedziałam, że nastąpi w końcu to, czego się tak obawiałam. Ktoś zobaczy mnie nago. Jednakże miałam do Justina wiele zaufania i byłam pewna, że wszystko będzie jak piękny sen.
Troszkę się zamyśliłam nad wyglądem swojego ciała, aż do drzwi zapukała zmartwiona Katie.
- Wszystko w porządku, kochanie? – spytała, oczekując na szybką odpowiedź.
- Masz sukienkę? – Jak to ja, musiałam odpowiedzieć pytaniem.
- Mam, mam. Wyjdź to ci ją dam.
- Uhm. Już.
 Zarzuciłam na siebie szlafroczek z jedwabiu i otworzyłam drzwi. Zamarłam z wrażenia. Suknia była tak piękna, jak prosto z moich marzeń.
- Pamiętasz Ronnie? Tą cichą dziewczynę z naszego liceum, która się w dwa dni diametralnie zmieniła? Swoją drogą szkoda, że jej chłopak zmarł na białaczkę. No ale mają pięknego synka.. To znaczy nie „mają”, bo ojciec małego nie żyje no ale wiesz o co chodzi…
- Przejdź do sedna, proszę.. – szepnęłam, zachichotałam i złapałam ją za dłonie. Uspokoiłam ją swoim spojrzeniem, wzięła głęboki oddech.
- Więc.. Mama Ronnie miała salon sukien ślubnych i ta suknia jest właśnie od niej. Nie musisz dziękować, naprawdę.
- Będziesz w niej wyglądać zajebiście. Mówię ci. Prawda, Demi? – wtrąciła Sarah, która w towarzystwie dziewczyny Jesse’go wkroczyła właśnie do sypialni.
- Naprawdę tak sądzicie? – uśmiechnęłam się.
- No dobra, nie gadamy, przebieramy się. Już, mała. I nie wymiguj się, bo zostały ci 3 godziny do ślubu. A to niezbyt dużo – westchnęła Katie i popchnęła mnie w stronę łazienki.
- Poczekaj! – krzyknęłam.
- Co?
- Radio.
Podbiegłam do odtwarzacza i włączyłam piosenkę Conora Maynarda – Another One. Zaczęłam się kiwać na boki, klaszcząc i przygryzając język jak typowa murzynka. Tanecznym krokiem (oczywiście Dougie), rozbawiając dziewczyny, dotarłam do łazienki. Śpiewając słowa, które znałam, wcisnęłam się w tą kieckę. Spojrzałam na lustro i.. zamarłam. Nigdy nie myślałam, że będę miała na sobie suknię ślubną. Łzy zaczęły mi spływać po policzkach i niestety się rozmazałam. Otworzyłam drzwi.
- Ej, dziewczyny, musicie mi pomóc.
- Boże, co się stało? Czemu płaczesz?
- To nic, serio. Po prostu.. Lubię czasem popłakać. Ale tusz mi się rozmazał.
- No powiem ci, że widać, że się rozmazał. Wyglądasz jak Mroczny Rycerz po prostu – zaśmiała się Sarah.
- Ej! Nie wytykaj mi błędów tylko pomóż. Wiecie, że ja na makijażu się nie znam.
Uśmiechnęłam się i usiadłam w fotelu przed lustrem. Wtedy do sypialni wparował kto? Ashton. Doszłam do wniosku, że nie było mi z nim tak źle. Chcemy zostać jeszcze przyjaciółmi. O ile jest co ratować. Poza tym brakowało mi Jamie.
- Ash, spieprzaj stąd. Bo opowiesz Justowi jak wyglądam i nie będzie chciał za mnie wyjść! – zaczęłam się śmiać, podbiegłam do łóżka i rzuciłam w niego poduszką.
- Spokojnie, nic mu nie powiem – powiedział, w locie łapiąc piłkę, zanim zdążyła się zatrzymać na jego ciele. – Wiesz, chyba jednak dobrze, że się z tobą nie żenię. Wyglądasz jak straszydło. Coś ty zrobiła ze sobą?! – zaśmiał się.
- Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, Ashi, ale to było nikczemne. Nieładnie tak do dziewczyny.
- A do chłopaków ładnie? Ejj, pamiętam jeszcze jak chodziliśmy razem na piwo.. Skarbie, nie udawaj, że jakieś słowa są w stanie cię obrazić. – Uśmiechnął się uroczo i podszedł do łóżka, na którym siedziałam, a Jamie spojrzała na niego istnym wzrokiem zabójcy.
- Nazwałeś mnie właśnie.. Skarbem?
- Nom. Przyznaję, że tak właśnie zrobiłem.
- O, fajnie. Rozumiem, że humorek dopisuje.
- Tak, po dzisiejszej nocy bardzo mi dopisuje.
- Ashton! – krzyknęła Jamie. – Może napisz od razu na Twitterze, że się kochaliśmy, co?!
Ashton zaczął się cicho śmiać pod nosem i wyszedł. W sumie miło z jego strony, że pozwolił mi korzystać ze swojego domu i że wesele może się odbyć w jego salonie. Może nie jest taki zły jak mi się wydawało.
Dziewczyny zaczęły ze sobą rozmawiać, jak to dziewczyny, na temat seksu z Ashtonem. Ja miałam dość, zrobiłam skwaszoną minę i zabrałam kosmetyki do łazienki. Nienawidzę słuchać pytań typu „Ma dużego?”, albo odpowiedzi typu „Wszedł tak głęboko, że ujrzałam Jezusa”… Matko, to wkurwiające, kiedy ja nic o tym nie wiem. Może gdybym już była po nocy poślubnej sprawiałoby mi to jakąś radość. Ale tak.. To po prostu nie ma sensu.
Makijaż sobie zrobiłam delikatny, no dobra może nie aż taki delikatny. Powieki całe białe, lekko z brokatem, rzęsy doczepiłam (też białe), policzki miałam delikatnie zaróżowione, a usta po prostu muśnięte na różowo. No ale znowu przecież nie miałam 5 kilo tapety, którą trzeba by było szpadlem ze mnie zdejmować. Właściwie to tapety nie miałam w ogóle. W zgrabnie ułożone (jak nigdy!) włosy wpięłam biały kwiat storczyka. Muszę przyznać, że całość prezentowała się całkiem nieźle.
- Moon, my idziemy już na plażę, za 10 minut się zacznie! Nie mogę uwierzyć, że jako pierwsza z nas bierzesz ślub! Aww, i to z kim?! Z Justinem Bieberem! – krzyczała zza drzwi, podekscytowana Sarah.
- Dobra, świadkowie, spieprzajcie już stąd i przestań tak krzyczeć, Sarah – westchnęłam.
- Okej, jak będziesz czegoś potrzebować drzyj się w niebogłosy.
Poszły sobie, a ja założyłam długie kolczyki z białymi piórkami. Potrząsnęłam głową i przeszły mnie ciarki, kiedy pióreczka mnie połaskotały. Uśmiechnęłam się do lusterka i wyszłam z toalety. Włożyłam białe buciki na stopy. Były dosyć wysokie, ale nie martw się, umiałam w nich chodzić.
Podeszłam do okna i spojrzałam na wzgórze. Przypomniało mi się jak chciałam skoczyć, bo myślałam, że Justin to zrobił. I od razu wróciły do mnie wspomnienia Justina – Samobójcy, zrozpaczonego i kompletnie bez życia. Jednak tamte wspomnienia szybko zamaskowały nowe wspomnienia.. Justina szczęśliwego, będącego ze mną, wracającego do kariery i śpiewającego dla fanów.
Ze świadomością, że zmieniam czyjeś i swoje życie byłam w stanie ruszyć tyłek i pójść spełnić najskrytsze marzenie – wziąć ślub z mężczyzną, władającym całym moim światem, dla którego byłam gotowa skoczyć z klifu i który był gotowy postawić wszystko do góry nogami, żeby tylko móc być ze mną.
Nastała pora na ostatnie poprawki i przejrzenie się w lustrze. No i w końcu wyszłam. Wyszłam z sypialni, skierowałam się do drzwi głównych, opuściłam dom Ashtona na jakieś 30 minut i z maleńkim bukiecikiem kwiatów ruszyłam prosto na plażę, kamiennymi schodami. Kiedy stałam na pierwszym z nich zakręciło mi się w głowie, więc wzięłam głęboki wdech i powoli wypuściłam powietrze z płuc. Zeszłam na niższy stopień i automatycznie wszyscy goście zaczęli się obracać do tyłu, żeby na mnie spojrzeć. Usłyszałam Marsz Mendelsona i podszedł do mnie Chester.
- Wyglądasz nieziemsko. Pani pozwoli? – spytał, wystawiając do mnie rękę. Jako że mój ojciec nie mógł, właśnie on miał mnie poprowadzić do ołtarza.
Zanim jeszcze podałam mu dłoń spojrzałam na ołtarzyk, umieszczony przy samym brzegu wody. Stał tam jedynie ksiądz i Justin. Bieber był odwrócony do mnie tyłem i cały czas patrzył na horyzont. Przez dłuższą chwilę tak go obserwowałam, aż usłyszałam szeptanie gości, którzy napominali mnie, iż mam ruszyć przed siebie i podać dłoń Chesterowi. Ale wydawało mi się, że czegoś brakuje. Zacisnęłam pięść i poczułam, że nie mam na palcu pierścionka zaręczynowego od Justina.
Niezwłocznie ruszyłam spowrotem w stronę domu Ashtona, zostawiając wszystkich, myślących, że jestem „Uciekającą Panną Młodą”. Niezdarnie, pełna nerwów, otworzyłam drzwi i rzuciłam się na komodę w sypialni. Znalazłam pierścionek bardzo szybko i wsunęłam go na palec. Mienił się niesamowicie. Po raz kolejny na mojej twarzy zawitał uśmiech, zapowiadający coś nowego.
I wtedy zobaczyłam, że na łóżku leżą duże, białe skrzydła. Podniosłam je, a na pościel spadła karteczką z tekstem „Dla mojego Anioła”, tak niezgrabnie napisanym, jak liścik, który dostałam przed pamiętną oświadczynową kolacją. Poczułam, że muszę je założyć. Tak też zrobiłam. 
Rozluźniłam łopatki i najszybciej jak tylko się da w szpilkach, popędziłam do Chestera.
- Już – szepnęłam mu do ucha i wsunęłam dłoń pod jego rękę. Uśmiechnął się do mnie i położył swoją dłoń na mojej. Ruszyliśmy do przodu. Zeszliśmy po wszystkich schodkach i wtedy dopiero Justin się odwrócił. Jego twarz była wręcz przepełniona szczęściem. Zresztą tak samo jak i moja. Oczy przedstawiały radość największego stopnia, dopóki nie zmierzył mnie wzrokiem. Wtedy jego źrenice stały się większe. Stałam już krok od niego, a Chester i ksiądz coś zaczęli mówić. Zastanawiałam się o co chodzi Justinowi. Po jakimś czasie przestało mnie to ciekawić. Kapłan zadał mu pytanie „Czy ty, Justinie Bieberze bierzesz sobie tą kobietę za żonę?”, a on jakby nieobecny podniósł dłoń i dotknął moich skrzydeł. Miałam wrażenie, że są one prawdziwe i jakby zszyte z moim ciałem. Znów rozluźniłam łopatki i spojrzałam na twarz Justina. Ksiądz ponowił pytanie.
- Przepraszam, ale.. Ona jest tak piękna, że mi odjęło głos. Ja.. Ja nie wiem czy na nią zasługuję. – W końcu wydusił z siebie jakieś słowa. Tylko szkoda, że takie.
- Zapytam więc po raz kolejny. Czy bierzesz sobie tę kobietę za żonę?
Bieber spojrzał mi głęboko w oczy, a ja pokiwałam głową w górę i w dół, prawie niezauważalnie. Uśmiechnęłam się. Wziął głęboki wdech i odwrócił wzrok na kapłana.
- Nie zasługuję na nią, ale nie mógłbym spędzić ani jednej minuty bez niej. Muszę z nią być. Kocham ją bardziej niż wszystko inne. Bez niej moje życie już dawno by się zakończyło. Dlatego pragnę za nią wyjść.
Ksiądz wzdychał ciężko przez całą wypowiedź Justina, aż w końcu zadał to pytanie po raz kolejny.
- Tak – szepnął Justin, odwracając się do mnie.
W moim ciele i duszy pojawiły się takie uczucia i emocje, jakich nigdy jeszcze nie miałam. Po policzku spłynęła mi łezka i usłyszałam sakramentalną kwestię, zwróconą do mnie. Bez wahania odpowiedziałam, że „Tak”. Kapłan pozwolił nam się pocałować. Tak też zrobiliśmy. Justin objął mnie w pasie i wessał się w moje usta.
- Pani Bieber – usłyszałam za plecami i poczułam lekkie stukanie w łopatki. Opuściłam Justina usta i się odwróciłam.
- Mama! – krzyknęłam i wtuliłam się w nią.
Ogólnie cała ceremonia była fantastyczna, dokładnie taka jaką sobie wymarzyłam. Wszyscy płakali z wzruszenia, potem na weselu jedliśmy, piliśmy, tańczyliśmy i nawet urządziliśmy sobie karaoke. Po prostu zabawa do rana! Aż przebalowaliśmy całą noc poślubną… Więc nie zrobiliśmy tego, czego się obawiałam.

********
Następnego dnia poszliśmy załatwić sprawy papierkowe. Przy okazji udało nam się adoptować Marka. To teraz nasz syn. Już od czterech miesięcy. Czasem moja mama lub Pattie się nim zajmuje. Nie chcemy, żeby był sławny. Pragniemy dla niego normalnego dzieciństwa. Takiego jakie my mieliśmy.
Uhm. Jeszcze musisz wiedzieć, że.. jestem w ciąży! Trzeci miesiąc. Mój kochanek zaciążył mnie za pierwszym razem. Mówiąc „kochanek” oczywiście mam na myśli mojego kochanego męża.
„Pani Bieber” – nie wiem jak dla Ciebie, ale dla mnie brzmi to bardzo dumnie. Co najmniej jak „Królowa Elżbieta Druga”.

********
Dobra, dobra. Wiem, że trochę podła jestem, bo nie opowiedziałam jeszcze jak doszło do tego, że jestem w ciąży. A dużo by opowiadać. Może jeszcze kiedyś się dowiesz :) Nie myśl, że nie. Nie marudź, że nigdy. I pamiętaj.. NEVER SAY NEVER.
Serdecznie pozdrawiam czytelników. A zwłaszcza moją Ósemeczkę i brata Dawida :P Mam nadzieję, że nie było źle. Niedługo nowa historia.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Chapter 19.


Po przebudzeniu dostrzegłam, że jestem w domku nad wodą, zbudowanym z bambusów i tego typu rzeczy.
- Jak ja się tu znalazłam? – powiedziałam niby sama do siebie i przetarłam oczy.
- Spokojnie, ja cię tu przyniosłem. Nie mogłem pozwolić na to, żebyś się poparzyła od słońca na tej plaży. Nie można tak sobie zasypiać. – Uśmiechnął się Justin i podał mi jakiegoś kokosa ze słomką, wystającą z czubka owocu.
- A skąd to masz? – spytałam, oglądając kokos w dłoniach.
- Myślisz, że mało ich tutaj jest? Pewien starszy mnich mnie nauczył maczetą się posługiwać..
- Widzę, że nie próżnowałeś kiedy spałam.
- Uhm. I nawet złowiłem nam dwie ryby na obiad.
- Nie wierzę! – zaczęłam się śmiać. – Może jeszcze mi powiesz, że oswoiłeś jakiegoś czarnoskórego tubylca? I nazwałeś go.. Hmm.. Piętaszek może? Bo dzisiaj jest piątek.
Justin się zaśmiał ze mnie i usiadł na hamaku przy jakimś stoliczku, wykonanym z trzciny.
- Nie żartuj sobie. Musiałem jakoś o ciebie zadbać. O anioły trzeba dbać. Żeby im skrzydła nie odpadły.
Przechyliłam głowę i wydałam z siebie dziwne „aww”, a moje oczka aż się zeszkliły z wzruszenia. Nawet wargi mi zadrżały.
- Jakie to słodkie, Justin.. Nazwałeś mnie aniołem?
- Tak. Ale tylko moim. Należysz do mnie. I cię nikomu nie oddam. Bo to moje życie odmieniłaś.
- Chcesz żebym się rozpłakała z wzruszenia? – Wytarłam niedbale wilgotny od paru łez policzek.
- Chyba już to zrobiłaś. – Uśmiechnął się, szczerząc śnieżnobiałe ząbki i przypatrując mi się uważnie, a ja wzięłam się za picie mleczka kokosowego. Było przepyszne.
- Moon, mam pytanko jedno.. – szepnął i usiadł obok mnie na łóżku.
- Jakie? Wal śmiało..
- Masz wolny wieczór?
Spojrzałam na niego powoli i odłożyłam kokosa na drewnianą, kolorową komodę. Robiłam przy tym bardzo poważną minę, jakby to była sprawa życia i śmierci.
- Wiesz.. Właściwie to.. No jasne! – Rzuciłam mu się na szyję. – Oprócz matki na tym świecie zostałeś mi już tylko ty, przyjaciele się ode mnie odwrócili, narzeczony mnie zdradzał.. A ty jeszcze pytasz czy mam wolny wieczór? Uważasz, że mogłabym z kimś wyjść? Ciekawe z kim.
Poklepał mnie po pleckach i odsunął od siebie.
- Nie licz na nic niezwykłego, ale zapraszam cię w pewne miejsce. Nie musisz się stroić, bo we wszystkim wyglądasz pięknie.. Mimo to na tym łóżku wieczorem będzie leżała suknia i buty, które pragnę abyś założyła. Reszty się dowiesz potem. I nie złość się na mnie.
- Nie złoszczę się przecież..
- Ale będziesz po tym, co będziesz zmuszona zrobić wieczorem.
- Justin, chyba nie masz na myśli.. – Najpierw lekko zdezorientowany, potem zrozumiał co miałam na myśli.
- Nie! Broń Boże! Nigdy bym cię nie zmusił do seksu. Jak możesz w ogóle tak pomyśleć?
- No nie wiem już co mam myśleć..
- Najlepiej w ogóle nie myśl. Po prostu czuj.. – Położył palec na moim czole. – To się od dzisiaj nie liczy. Od dzisiaj ważne jest tylko to co czujesz tutaj.. – Zsunął dłoń na moją klatkę piersiową i spojrzał mi w oczy. – W sercu.. – szepnął i zerknął na moje usta. Nie mogłam go nie pocałować.
- Dobrze, kochanie.. Kocham cię. – Rozpłakałam się, jak to ja, i wtuliłam w niego.
Wyszedł z naszej chatki i nie zamierzał wracać zbyt szybko, więc wzięłam się za przyrządzanie rybki na obiad. Długo spałam, więc była już godzina piętnasta.
Jak się potem okazało, Justina nie było dłużej niż miało go nie być. Rybę zjadłam sama, obserwując przez okienko, czy też raczej dziurę w ścianie, falujące morze. Do szesnastej krzątałam się po chatce w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia. Do siedemnastej trzynaście siedziałam na hamaku przy oknie i obserwowałam plażę, z nadzieją, że mój książę wróci. Zaczęłam się denerwować. Bo co on sobie myśli? Chciał gdzieś ze mną wyjść, a ciągle nie wraca.. No nic. Postanowiłam wyjść się przewietrzyć. Założyłam jakieś japonki w hawajskie wzorki i przebrałam się w bordowy, dwu-częściowy strój kąpielowy. Bo bycie na Bali, a niekorzystanie z wody jest jak posiadanie czajnika, nie zamierzając podgrzewać wody. Na to nałożyłam czerwone pareo z jedwabiu i ruszyłam do drzwi. Otworzyłam je i stanęłam w progu. Rozejrzałam się wokół. Domek był oddalony od jakiejkolwiek cywilizacji. Przede mną była jakaś dżungla, nie wiadomo co. Po lewej plaża, po prawej kolejna plaża. Nie zamykałam chatki, bo i tak nikt tam nie chodził. Skierowałam się w prawo. Zrzuciłam z siebie pareo i zamoczyłam jedną stopę w wodzie. Rozpuściłam włosy, ponieważ nie chciałam zamoczyć frotki. Odrzuciłam ją w mokry piach i wbiegłam między fale. Zanurzyłam się i zaczęłam płynąć kraulem, potem żabką.. Następnie obróciłam się na plecy. Czułam się w pewnym sensie wolna. Może dlatego, że miałam na sobie tak mało ubrań. A może dlatego, że woda unosiła mnie, jakbym leciała. Wiesz, od dzieciństwa chciałam latać. To było moje największe marzenie. Nie chodziło o to, żeby czuć ten cały wiatr we włosach. Pragnęłam czuć się wolna. Jak ptak. Być bez żadnych zobowiązań.. Żyć na całość, nie martwiąc się o śmierć i nie rozmyślając jak filozof o życiu.
Poniekąd tak właśnie czułam się w wodzie. Jakby poza mną świat nie istniał. Zamknęłam oczy i rozpostarłam ręce na boki. Brałam głęboki wdech nosem, po czym powoli wypuszczałam powietrze ustami. Po około 10 minutach odchyliłam powieki. Nie było już tak bardzo jasno, jednakże wciąż nie było całkowicie ciemno. Spojrzałam na brzeg i skierowałam się w jego stronę. Wtedy usłyszałam jakiś hałas z chatki. Albo ktoś się wkradł.. Albo wrócił Justin! Przyspieszyłam i po niedługim czasie byłam już na brzegu. Owinęłam się swoim pareo i zaczęłam szukać frotki. Oczywiście jej nie znalazłam. Odgarnęłam włosy z twarzy i spojrzałam na dłoń. Była czerwona. Farba zeszła. Chwyciłam kosmyk i zerknęłam na niego, westchnęłam i się uśmiechnęłam sama do siebie. Moje włosy były znów brązowe. Tak, jestem szatynką.
Wnet przypomniało mi się, że miałam sprawdzić co się dzieje w chatce. Podbiegłam do drzwi i otworzyłam. Patrzę, patrzę.. Nikogo nie ma. Wzrok opuściłam na łóżko, na którym spałam. Były na nim śliczne buciki biało-niebieskie z kokardką, przepiękna sukienka i liścik. Podeszłam do tego, nie zauważając, że z moich ramion zsunęło się pareo. Chwyciłam kopertę. Pismo poznałam od razu. Niezdarne maziaje czarnym atramentem. Tylko Justin mógł tak nabazgrać. Rozdarłam szybko sklejone miejsce i wyjęłam kartkę papieru. Pachniała lawendą. Usiadłam na łóżko i zaczęłam śledzić tekst w myślach. Wydawało mi się, że Justin mi to czyta na głos. Słyszałam go w podświadomości.
„Kotku,
Od rana coś planowałem dla
Ciebie. Właściwie to dla nas.. Nieważne, w każdym razie, siedząc na
Hamaku wymyśliłem, że przygotuję Ci coś z Markiem. Pamiętasz tego małego,
Ale poniewieranego chłopca, którym się zajmuję? No właśnie. Z tym Markiem.
Mówiłem mu o tobie. Polubił cię od razu, tak przynajmniej twierdzi..
Co tu dużo pisać.. Jak mnie znajdziesz to porozmawiamy na ten temat.
I teraz tak.. Na łóżku są Twoje rzeczy. Należą już do Ciebie. Ubierz się, a róże pokażą ci drogę.
Ej, jeszcze jedno. Przeczytaj każdą pierwszą literę wersu. Zrobiłaś to? Więc już pewnie wiesz..”

Teraz zaczęłam rozkminiać pierwsze litery… K-O-C-H-A-M-C-I-E.. Boże, ale on słodzi. Coś czuję, że jeżeli w przyszłości będziemy razem spędzać czas to nie będzie mi potrzebny cukier do kawy. Wystarczą słowa Biebera.
Odwinęłam kartkę bardziej. „PS – Przepraszam, że jest „E” zamiast „Ę”, ale nie mogłem znaleźć żadnego wyrazu zaczynającego się na tę literę, wybacz : )”
Zaśmiałam się i zrobiło mi się miło, ale musiałam się zbierać. Nie wiadomo ile czasu na mnie czekał.
- Ciekawe czy będzie dobre na mnie – wymruczałam pod nosem i poszłam się wykąpać. Wróciłam, przecierając mokre włosy ręcznikiem i wcisnęłam się w białą, koronkową bieliznę. Jakoś lubię koronkowe ubrania. Na to wsunęłam śliczną kieckę i włożyłam buciki. Były bardzo wygodne i idealnie dopasowane do mnie. Podeszłam do lustra. Wyglądałam.. całkiem, całkiem. Poszłam jeszcze wysuszyć na szybko włosy i jakoś je ułożyć, wyperfumowałam się i włożyłam kolczyki, srebrne, długie. Na nic więcej wolałam nie tracić czasu, jednak maznęłam jeszcze delikatnie usta i powieki. Poprawiłam biust, żeby nie było i wyszłam, tym razem zamykając domek na klucz. Mym oczom ukazała się dróżka, usłana różami. Białymi płatkami tych pięknych kwiatów. 
Oczywiście nie wpadłam na to, że będzie mi niewygodnie iść po plaży w obcasach. Kierując się w lewą stronę, w końcu zdjęłam buciki. Na ziemi około 14 metrów ode mnie był jakiś napis. Ułożony z malutkich kamyczków. Podbiegłam.
„Kocham Cię, Aniołku” – przeczytałam i roześmiałam się cicho. Byłam pewna, że to Justin mi to ułożył. Potem zobaczyłam wbitą w ziemię gałązkę palmową. Na każdym listku było jedno słowo. Z trudem w tych ciemnościach się doczytałam. Ale dałam radę. „Tu Cię znalazłem po tym jak wyrzuciłaś moje żyletki, ratując mi życie. Od tej pory ono się zmieniło. Właśnie dzięki Tobie. Dziękuję Ci, kochanie”. Puściłam ostatni listek i się uśmiechnęłam. Byłam dumna, że odmieniłam czyjeś życie. To całkiem miłe uczucie, być czyimś Aniołem Stróżem.
Dalsza różana droga doprowadziła mnie do Marka, siedzącego na kamieniu. Miał na sobie garnitur, w którym jako mały chłopiec, wyglądał uroczo. Wstał i aż otworzył buźkę na mój widok. Wsunęłam buty na stopy, bo tu nie mogłam już ugrzęznąć w piachu. 8-latek złapał mnie za dłoń.
- Mogę tak wyglądać? Czy jest źle? – spytałam po cichu.
- Wygląda pani olśniewająco. Najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widziałem. A widziałem wiele. – Uśmiechnął się i pociągnął mnie w głąb tej całej dżungli.
- Nie przesadzaj z tym pochlebianiem mi.. Wiesz.. Z charakteru jesteś dość podobny do.. – W tym momencie mi przerwano.
- Do mnie? – Usłyszałam za plecami i się odwróciłam, bardzo powoli.
- Justin?
- Tak, skarbie, to ja. – Wyszedł zza liści i chwycił mą dłoń ostrożnie. Spojrzał mi bardzo głęboko w oczy i przejechał grzbietem dłoni po moim policzku.
- Nie myślałem, że ujrzę w moim życiu coś tak pięknego. Nie masz nawet pojęcia jaka nierealna się wydajesz. Jednak wierzę, że nie rzuciłaś na mnie czaru. Ufam, że to Bóg mi cię zesłał, a ty nie masz z tym nic wspólnego..
- Żebyś wiedział! Nie miałam pojęcia, że cię zauroczę – zaśmiałam się.
- Eckhem, ja tu dalej jestem – odkaszlnął Mark, przez co i ja, i Justin zaczęliśmy się śmiać.
- Proszę, mały – powiedział Bieber i podał mu kluczyki od naszego plażowego domku. – Możesz u nas dzisiaj nocować. Nie chcę, żeby rodzice cię winili za to, że mi pomogłeś. Dzięki za wszystko. – Poczochrał go po włoskach. Chłopiec pobiegł, a Justin znów skupił całą swoją uwagę na mnie. Cmoknął mnie aluzyjnie w policzek i stając metr przede mną, odchylił ogromnego liścia. Moim oczom ukazały się tysiące świeczek i polana, w której centrum był stolik z dwoma krzesłami. Jednakże największe wrażenie sprawiało gwieździste niebo z ogromnym księżycem.
- Chodź, to dla ciebie. – Pociągnął mnie za rękę i odsunął krzesło przy stole, wciąż się uśmiechając. Usiadłam posłusznie i zamknęłam na chwilkę oczy. Wieczór wydał mi się niemożliwy. Jakby nie mógł mieć miejsca. Jakby nigdy nie powinien się wydarzyć.
- Kocham cię, wiesz o tym? – powiedziałam i wodziłam za nim wzrokiem, aż usiadł na swoim miejscu.
- Wiem. Mówiłaś. – Odkrył półmisek, w którym było pięknie pachnące, świeżo przygotowane spaghetti. Zaciągnęłam się jego zapachem.
- Mam nadzieję, że będzie ci smakować, bo sam zrobiłem. – Poruszył brwiami, dumny ze swojego czynu. – Oglądałaś kiedyś Zakochanego Kundla?
- Tak. Czemu pytasz?
Nałożyłam na talerz, przypatrując się Justinowi. Milcząc, rzucił talerz na ziemię. Wystraszyłam się, aż podskoczyłam.
- Spokojnie – zaśmiał się. – Chcę zjeść z jednego talerza. Z tobą. Jak w Zakochanym Kundlu.
- Mm.. – Wydałam z siebie dźwięk zadowolenia i wraz z talerzem przysunęłam się do mojego „kundelka”.
- Smacznego – szepnął i owinął widelec makaronem. Zrobiłam to samo. I tak jak w filmie, wzięliśmy to do buzi, zaczęliśmy wsysać i okazało się, że jedna kluska znalazła się na obu widelcach. Wsunęliśmy ją do ust, kończąc to soczystym pocałunkiem. Smacznie było. Objęłam Justina szyję i zaczęłam go namiętnie całować, a on mruczał tylko z zadowolenia, pogłębiając pocałunek. Wtedy i ja zaczęłam mruczeć. Położył dłonie na moich plecach, przez co chciałam być jeszcze bliżej niego.
- Poczekaj, poczekaj.. To jeszcze nie koniec. – Odłączył się od moich ust i mojego ciała. Wstał, wyjął z kieszeni od spodni jakieś mp3 i wystawił do mnie dłoń. Wstałam i stanęłam przed nim. Włożyliśmy do uszu słuchawki.
- Pamiętasz ten utwór? – uśmiechnął się, podnosząc wzrok na moją twarz i schował odtwarzacz do kieszeni.
Zamknęłam oczy. Piosenka, którą mi puścił była na pewno jego. Na początku nie mogłam pokojarzyć utworu, ale w końcu do mnie dotarło, że była to piosenka, przez którą nie mogłam spać po nocach. Moja ulubiona jego piosenka. Przestałam jej słuchać, po tym jak się z nim pokłóciłam po koncercie. Na początku o tym pisałam.. Dwie dziewczyny, dwa pocałunki itd.
- As Long As You Love Me – szepnęłam.
- O, poznałaś – zdziwił się i zaczął przeszukiwać wszystkie kieszenie, jakie miał. W końcu wyjął małą kamerkę, następnie położył ją na stole i objął mnie w pasie.
- Pamiętasz jak ci mówiłem o Marku? Na samym początku.. I o tym, że muszę się ożenić..
Podniosłam lewą brew i spojrzałam na niego tajemniczo, bo nie rozumiałam co się dzieje. Włączył kamerę i wyjął z kolejnej kieszeni małe pudełeczko.
- Nie, Justin, Boże, nie rób tego.. – Bezmyślnie powtarzałam, łapiąc się za buzię i powstrzymując łzy przed opuszczeniem kanalików łzowych.
- Moonlight, jeżeli nie chcesz to po prostu powiesz „nie”.. – powiedział opanowany i złapał mnie za dłoń, spojrzał mi w oczy, żebym się uspokoiła. Wziął głęboki oddech i otworzył pudełeczko, na którego wierzchu był wyrzeźbiony mały aniołek ze skrzydełkami. 
- Wyjdziesz za mnie? – odrzekł i wpatrywał się we mnie jak w obrazek, a ja w niego. Spanikowałam. Nie wiedziałam co powiedzieć, ani co zrobić. Położyłam dłoń na pudełku i zamknęłam wieczko. W Justina oczach zbierały się łzy. Zalewały je. Próbował to ukryć, a ja milczałam. Wyłączył kamerę i powoli wsunął się na krzesło, jakby oszołomiony tym, co się przed chwilą stało. Przestał na mnie patrzyć. Zobaczyłam pierwszą kropelkę, zsuwającą się po jego policzku. Wtedy odwrócił wzrok, jakby nie chciał, żebym widziała jego płacz.
- Kochanie, spójrz na mnie. – Przekręciłam jego głowę jednym palcem, żeby spojrzał mi w oczy. – Jeszcze nie odpowiedziałam. – Uśmiechnęłam się, a on odchylił powieki. Jego zmysły napełniły się nadzieją. Otarłam łezkę z chłodnego, bladego policzka i uklękłam przed nim, co nie było takie łatwe w sukience i tych butach.
Chwyciłam jego dłonie i włączyłam kamerę.
- Justin, możesz mi nie wierzyć, ale naprawdę cię kocham i chcę dla ciebie jak najlepiej. Jeżeli uważasz, że ze mną odnajdziesz szczęście to…
- Ja już odnalazłem szczęście.
- Jak to? W takim razie nie rozumiem dlaczego chcesz się ze mną ożenić.
- Bo to ty jesteś tym szczęściem. To dla ciebie wstaję rano i to dzięki tobie wydaje mi się, że jestem wolny i mogę robić co tylko zapragnę. Nie muszę więc szukać szczęścia. Muszę tylko o nie dbać. Dlatego chcę z nim wziąć ślub. – Uśmiechnął się beztrosko.
Pokiwałam głową na znak, że się zgadzam na wszystko i otworzyłam pudełeczko, wyjęłam z niego pierścionek. Wydało mi się dziwne, że pierścionek to nie było zwykłe oczko tylko skrzydła. Ale przecież Justin nazywał mnie swoim Aniołem. Zrozumiałam co miał na myśłi przez taki, a nie inny pierścionek. Tylko zaparły mi dech w piersiach maleńkie diamenciki. Musiał wydac na to sporo kasy. Pewnie więcej niż ja kiedykolwiek zarobię.
W każdym razie weźmiemy ślub. Zgodziłam się. Nie zrobiłam tego dla Marka, nie zrobiłam tego dla siebie, ani dla Justina. Nie zrobiłam tego dla jego pieniędzy. Ani sławy. Zrobiłam to dla szczęścia miłości. Dla naszego wspólnego szczęścia.

Chapter 18.


Po przebudzeniu nie zobaczyłam nic. Tylko smugę światła, wydostającą się przez dolną część drzwi z korytarza. Wyciągnęłam się jak kot i przetarłam znużone oczy. Spojrzałam na siebie zupełnie odruchowo i zobaczyłam, że mam na sobie jedynie długą koszulę nocną. Obróciłam się, żeby sprawdzić czy chociaż Justin jest jakoś normalnie ubrany. Nie było go na łóżku. Byłam sama. Spojrzałam na elektryczny zegarek, znajdujący się na komodzie przy łóżku. 04:56. Zbyt wcześnie, żeby zwiedzać miasto. Zbyt wcześnie na opuszczanie łóżka.
- Justin! – krzyknęłam, żeby sprawdzić czy w ogóle jest w pokoju. Wstałam. Podeszłam do drzwi od łazienki. Zapukałam. Nic. Cisza. Otworzyłam je. Pusto.
Nie wiedziałam, czy mam zacząć panikować, czy może jednak wrócić do łóżka. To wszystko wydało mi się podejrzane, ale równie dobrze przecież mógł tylko wyjść na korytarz.
Złapałam klucze od pokoju, zamknęłam go, wkładając na stopy kapcie w kształcie małpek. Zupełnie nie spostrzegłam, iż wciąż mam na sobie jedynie koszulę nocną w leniwce. Rozejrzałam się wokół. Nie było żadnego śladu po nim. Zbiegłam po schodach na sam dół. Nic. Kompletnie nic. Zero. Oddałam klucze do przechowania recepcjoniście i wyszłam z hotelu. Trochę zimno było tej nocy, Szczególnie mi.
Na ulicach jak zawsze były tłumy, zwłaszcza, że nocą jest chłodniej niż w dzień. A przecież większość ludzi ma dosyć upałów. Tak, ludziom ciężko dogodzić. Jak jest zimno to chcą, żeby było ciepło, a jak jest ciepło to chcą zimno. Cóż.. Taka już nasza natura.
Zaczęłam sobie nucić jakieś entuzjastyczne piosenki, żeby nie myśleć pesymistycznie o tym, co mogło stać się z Justinem. Wtedy potknęłam się o.. chodnik. Tak wiem, to śmieszne i praktycznie niemożliwe. Jednakże ja się potknęłam. Jakaś krawędź kostki brukowej, krzywo wstawiona. Nie wiem sama co to było. Leżąc na ziemi zaczęłam myśleć logiczniej. Może poszedł do tego baru, w którym go widziałam wtedy w kapturze i tym wszystkim? Kurwa! Nie mam pojęcia. Ale zobaczyć zawsze można, prawda?
No więc udałam się do tej knajpki, a tam co? „Nieczynne” – tak pisało na drzwiach. Zajebiście po prostu. Fantastycznie! Takie coś to chyba tylko mi się może przydarzyć. Skierowałam się w drogę powrotną, w razie gdyby Justin jednak postanowił wrócić do hotelu. Jednakże przed samym wejściem coś mnie natchnęło. Zaczęłam rozmyślać o tym chłopcu, którym opiekuje się Justin – Mark’u. Właśnie, właśnie. Może poszedł do Mark’a? Chwila. Mark mieszka gdzieś niedaleko tego wodospadu, przy którym byłam na początku wyprawy. Raz kozie śmierć! Poszłam tam. Po drodze zobaczyłam jakąś parę, która chlapała w siebie wodą pod tym wodospadem. Wyglądało to uroczo. Ale.. Przyjrzałam się bardziej. Co zobaczyłam? No a co mogłam zobaczyć?!
- Jamie?! – krzyknęłam, wychodząc z krzaków i kierując się bliżej wodospadu. Owszem, to była Jamie. A kim był chłopak, który z nią był? Imiennikiem Kutcher’a. Tak, Ashton. Kurwa, Ashton. – Jamie, co wy tutaj robicie? – spytałam. Wydawałam się jakaś taka spokojna, jakbym w ogóle się nie przejęła tym, co zobaczyłam.
- To nie tak jak myślisz – powiedział Ashton i zaczął iść w moją stronę.
- Zamknij się! Nie rozmawiam z tobą. To nigdy nie jest tak jak myślę.
- Ale.. Bo.. Moon.. To naprawdę nie jest tak jak myślisz.. My tylko.. Ja tylko.. On tylko..
- Wy tylko przerabiacie grę wstępną pod wodospadem! – wrzasnęłam i zaczęłam powstrzymywać łzy, które po raz kolejny cisnęły mi się do oczu. Bo znów ktoś mnie zawiódł. I jak ja mam normalnie żyć bez wsparcia i zaufania? Czuję jakby z dnia na dzień moje serce było coraz bardziej łamane. W końcu będzie sobie żyła taka 40-letnia desperatka, służbistka, która nie zdejmuje biurowego ubrania nawet do spania. I czemu? Przez ludzi, którzy mnie otaczają. Dobra, może przesadzam. W końcu jest wokół mnie całe mnóstwo ludzi, pełnych miłości i nadziei. Kurwa, co ja pierdolę?! Widzę, że mam dobry humor, bo nawet mi jakieś pozytywne myśli do głowy przychodzą. Zresztą chuj! Chuj z tym! Mam Justina, tak? Znaczy teoretycznie.. Praktycznie to możliwe, że właśnie się jebie z jakąś laską. Ale nie, on taki nie jest. W końcu nie naciska an to, żebyśmy TO już zrobili. Zresztą nieważne. Ciągle mi do łba przychodzą jakieś czarne myśli. No i co ja robię w takiej sytuacji? Mp4 + „Just Like Them”. Nie wiem, jakaś taka ta piosenka nastrojowa. A że akurat Justina to już w ogóle zajebistość zajebistości. Jednakże nie mogłam jej włączyć w danym momencie, bo ani nie miałam odtwarzacza, ani humoru do tego. Dlatego chciałam podsumować wszystko i wrócić do poszukiwań Justina. Cóż.. Nie żałuję tego co im wtedy powiedziałam.
- Jamie, kochanie.. – Podeszłam do niej, do tej wody i złapałam ją za rękę. Woda sięgała nam do kolan. Obok stał Ash. – Ja wiem, że ty chętnie dasz dupy temu.. – Puściłam jej rękę i złapałam Ashtona za ramię. – Jebanemu chujowi, który jakby mógł to by cały dzień oglądał pornosy. No i oczywiście.. Ashton, życzę ci szczęścia z tą kurwą, która oddała się już wszystkim swoim klientom. Nie wiem czy wiesz, ale jest barmanką, a jej bar zarabia najwięcej w całym Nowym Jorku tylko i wyłącznie za to, że ta suka ma całodobowo otwartą pizdę. Serdecznie pozdrawiam i życzę szczęścia na nowej drodze życia. Mnie już nigdy więcej nie zobaczycie, żegnam.
Szczerze? Nie miałam wtedy większej weny. I doszłam do wniosku, że nie warto tracić na to czasu. Wyszłam z wody i ruszyłam dalej. W stronę plaży. Chciałam tam pobyć sama. I porozmyślać trochę. Nad wszystkim. I wszystkimi. I nad sobą. Moim życiem. I tak dalej..
A tam kolejna niespodzianka. Justin! Nie zauważyłam nawet, jak wysoko na jego widok uniosły mi się kąciki ust. Siedział przy samym brzegu ze zgiętymi w kolanach nogami, na których oparł ręce. Grzebał w mokrym piasku jakimś patykiem, mimo, że woda i tak wszystko obmywała i nie było nic widać. 
Przyszedł na plażę bez butów. Nie miał ich na nogach ani nie leżały obok na piachu. Zbliżyłam się do niego bardzo powoli, wsłuchując się w znośne piski mew. Upuścił patyk i podniósł głowę. Zatrzymałam się. Spojrzał w zachodzące słońce i przymrużył oczy. Podrapał się w kark i przejechał dłonią od czoła do tyłu głowy, mierzwiąc we włosach. Wyprostował jedną nogę, po czym oparł się łokciami o piasek za sobą. Zamknął oczy, a delikatny wiaterek ostrożnie przemieszczał się między każdym jednym jego włosem. Znów ruszyłam w jego stronę. Gdy za nim stałam odchylił głowę do tyłu i otworzył oczy, uśmiechając się.
- Skąd wiedziałeś, że tu jestem? – spytałam i usiadłam obok niego, a on śledził mnie wzrokiem.
- Myślę, że jeśli kogoś kochasz to poznasz jego niebiański zapach nawet jeśli jest 80 metrów od ciebie. Wyczułem także twój miętowy oddech. Z którym, przepraszam, ale muszę złączyć mój.
Podniósł się z powrotem do pozycji siedzącej i położył swoją delikatną dłoń na mym policzku. Zbliżył się do mnie bardziej. Pod wpływem impulsu zamknęłam oczy i zbliżyłam moje wargi do jego. W tym momencie jednocześnie chciało mi się płakać i uśmiechać. To było jakieś takie niesamowite. I chciałam więcej. Ale przypomniałam sobie co się stało, kiedy już miało do czegoś dojść.. Poza tym byliśmy na plaży. Tak więc jedyne co pozostało to ułożenie się w jego ramionach i uśnięcie. Na rozgrzanym piasku. Czując chłodne fale, obijające się o stopy. Kolejny dzień za mną.
Jakby dłużej się zastanowić to.. każdy dzień mógłby się tak kończyć. Zachodem słońca. Morzem. Szczęściem. Pocałunkiem. I wtuleniem się w ramiona Justina, które były jedynym miejscem na Ziemi, w którym czułam się bezpiecznie. Już nic mi nie groziło. Byłam całkowicie napełniona radością i świadomością, że jednak można się zakochać. I to tak naprawdę. Nie oszukując wszystkich wokół. I nie oszukując siebie.
Tak zakończył się ten wieczór.