niedziela, 19 sierpnia 2012

Chapter 20.


Nowy narzeczony – brzmi jak tytuł kolejnej, nudnej komedii romantycznej, wyprodukowanej w USA, w której fabuła jest tak oczywista jak fakt, że nie będziesz latać, nie mając skrzydeł.
Możesz też przypuszczać, że po kolacji zrobiliśmy… „TO”. Jednak nie mógłbyś być w większym błędzie. Całą drogę do chatki się śmialiśmy i rozmawialiśmy, Justin wrzucił mnie do wody, a ja z niej wybiegłam i rzuciłam mu się na barana. Tak go zaskoczyłam, że wylądowaliśmy w piachu i wyglądaliśmy jak ze szkoły przetrwania. Swoją drogą, uciekając przed pragnącym zemsty Justinem, potknęłam się o jakiś konar i wywaliłam, łamiąc przy tym obcas. Bieber się oczywiście śmiał i obiecał, że kupi mi nowe buty. Odmówiłam. Wystarczy, że zapłacił hotelowi za moją bezmyślność.
W domku czekał na nas Mark. Włączyliśmy TV i obejrzeliśmy Transformers 3. Potem.. No cóż. Woleliśmy, żeby chłopak nocował z nami, więc położyliśmy go na moim łóżku, a sami spaliśmy na hamaku. 
Obudziłam się w dosyć dziwnej pozycji, bo czułam między nogami jakiś ucisk. Podniosłam się z Justina i zobaczyłam to, czego mogłam się spodziewać. Wolałam udawać, że nic nie widziałam i pójść się przewietrzyć. Szybko dogonił mnie 8-latek, ubrany w to samo, co poprzedniego dnia.
- Pani Watson, pani Watson! – krzyczał za mną, biegnąc chyba najszybciej jak potrafił. Kiedy do mnie dotarł wtulił się, a ja tylko pogłaskałam go troskliwie po główce. - Bardzo ładnie pani wygląda w tej piżamce – westchnął.
- Nie podlizuj się już tak – zaśmiałam się i poklepałam go po pleckach. Kucnęłam przed nim i złapałam jego dłonie.
- Czy tatuś już mówił pani co zamierza?
Przez chwilę zastanawiałam się czy dobrze usłyszałam, aż w końcu to do mnie dotarło.
- Jaki tatuś? Nie znam twojego tatusia.
- Pan Bieber.. No Justin no. Mój tata.
Rozchyliłam usta, nie ukrywając zdziwienia.
- Justin to twój tata?
- Znaczy.. Nie biologiczny, ale tata. To on mnie wychowuje przecież.
- Aha, no to kamień spadł mi z serca, że nie biologiczny – zaśmiałam się.
- Proszę pani, ale ja nie chcę już wracać do domu. Ja nie chcę do rodziców – wtulił się we mnie i zaczął płakać.
- Już dobrze, spokojnie. Ale czemu mi to mówisz? – pogłaskałam go po pleckach i z wielkim trudem wzięłam tego kloca na ręce. Dotarło do mnie, że nie jestem superbohaterką i nie mam supersiły. Ale nie dałam za wygraną i trzymałam go, tuląc do siebie, jakby był najlżejszą istotą na kuli ziemskiej.
- Bo chcę, żeby pani była moją mamusią. – Zamknął oczka i troszkę się uspokoił.
- Jak to mamusią?
- Bo pani weźmie ślub z tatusiem. I tatuś chce, żeby pani była moją mamusią.
- Co? - Po raz kolejny nie zdołałam ukryć zdziwienia. Czy Justin chce się ze mną ożenić tylko dla tego małego chłopca?
- No powiedział, że mnie za..a..da..ptuje..cie. Czy coś takiego.
- Adoptujemy? Ale.. Jak? Boże, przecież ja się nie nadaję na mamę.
- Nadaje się pani. A tata panią kocha. Ja też panią kocham. – Ziewnął. Stwierdziłam, że raczej się nie wyspał po tym oglądaniu filmu. – Kocham cię, mamo.. – szepnął i usnął.
Nie wiem nawet kiedy po moim policzku spłynęła łza. Łza szczęścia, tak mi się wydaje. Nie stało by się tak, gdyby nie powiedział do mnie tego ostatniego zdania. Wtedy poczułam, że muszę. Muszę go adoptować. On mnie potrzebuje.
Po powrocie do chatki ułożyłam go do snu, a z Justinem zaczęłam poważnie rozmawiać. Stwierdziliśmy, że nie ma po co czekać i trzeba wziąć ślub jak najszybciej, żeby móc adoptować tego malucha.

W taki właśnie sposób już dwa dni później cała plaża była przygotowana, a ja nie spotkałam się z Justinem przez 24 godziny. Wieczór panieński spędziłam z mamą, Katie, Sarah i Demi – dziewczyną Jesse’go. Miało się obyć bez żadnych specjałów, ale okazało się, iż Katie z Sarą zamówiły jakiegoś striptizera. Trochę się porozciągał przy mnie, powyginał, a przed zdjęciem bielizny wolałam go powstrzymać. Kiedy sobie poszedł, zjadłyśmy pudełko lodów i wypiłyśmy szampana. Nie szalałam jakoś specjalnie. Nie jestem jedną z tych, co ćpają i chleją do samego rana, a podczas ślubu mają kaca.
W każdym razie kiedy już nadszedł ten dzień, rano oczywiście wzięłam kąpiel, zajęłam się trochę swoim ciałem etc. I tak, będąc w łazience, stanęłam w samej bieliźnie przed lustrem. Spojrzałam na całe swoje ciało, od kabaretek, przez podwiązki i majtki, obracając się tyłkiem do lustra, poprzez stanik.. aż po twarz, która była rozjaśniona i delikatnie umalowana. Wiedziałam, że nastąpi w końcu to, czego się tak obawiałam. Ktoś zobaczy mnie nago. Jednakże miałam do Justina wiele zaufania i byłam pewna, że wszystko będzie jak piękny sen.
Troszkę się zamyśliłam nad wyglądem swojego ciała, aż do drzwi zapukała zmartwiona Katie.
- Wszystko w porządku, kochanie? – spytała, oczekując na szybką odpowiedź.
- Masz sukienkę? – Jak to ja, musiałam odpowiedzieć pytaniem.
- Mam, mam. Wyjdź to ci ją dam.
- Uhm. Już.
 Zarzuciłam na siebie szlafroczek z jedwabiu i otworzyłam drzwi. Zamarłam z wrażenia. Suknia była tak piękna, jak prosto z moich marzeń.
- Pamiętasz Ronnie? Tą cichą dziewczynę z naszego liceum, która się w dwa dni diametralnie zmieniła? Swoją drogą szkoda, że jej chłopak zmarł na białaczkę. No ale mają pięknego synka.. To znaczy nie „mają”, bo ojciec małego nie żyje no ale wiesz o co chodzi…
- Przejdź do sedna, proszę.. – szepnęłam, zachichotałam i złapałam ją za dłonie. Uspokoiłam ją swoim spojrzeniem, wzięła głęboki oddech.
- Więc.. Mama Ronnie miała salon sukien ślubnych i ta suknia jest właśnie od niej. Nie musisz dziękować, naprawdę.
- Będziesz w niej wyglądać zajebiście. Mówię ci. Prawda, Demi? – wtrąciła Sarah, która w towarzystwie dziewczyny Jesse’go wkroczyła właśnie do sypialni.
- Naprawdę tak sądzicie? – uśmiechnęłam się.
- No dobra, nie gadamy, przebieramy się. Już, mała. I nie wymiguj się, bo zostały ci 3 godziny do ślubu. A to niezbyt dużo – westchnęła Katie i popchnęła mnie w stronę łazienki.
- Poczekaj! – krzyknęłam.
- Co?
- Radio.
Podbiegłam do odtwarzacza i włączyłam piosenkę Conora Maynarda – Another One. Zaczęłam się kiwać na boki, klaszcząc i przygryzając język jak typowa murzynka. Tanecznym krokiem (oczywiście Dougie), rozbawiając dziewczyny, dotarłam do łazienki. Śpiewając słowa, które znałam, wcisnęłam się w tą kieckę. Spojrzałam na lustro i.. zamarłam. Nigdy nie myślałam, że będę miała na sobie suknię ślubną. Łzy zaczęły mi spływać po policzkach i niestety się rozmazałam. Otworzyłam drzwi.
- Ej, dziewczyny, musicie mi pomóc.
- Boże, co się stało? Czemu płaczesz?
- To nic, serio. Po prostu.. Lubię czasem popłakać. Ale tusz mi się rozmazał.
- No powiem ci, że widać, że się rozmazał. Wyglądasz jak Mroczny Rycerz po prostu – zaśmiała się Sarah.
- Ej! Nie wytykaj mi błędów tylko pomóż. Wiecie, że ja na makijażu się nie znam.
Uśmiechnęłam się i usiadłam w fotelu przed lustrem. Wtedy do sypialni wparował kto? Ashton. Doszłam do wniosku, że nie było mi z nim tak źle. Chcemy zostać jeszcze przyjaciółmi. O ile jest co ratować. Poza tym brakowało mi Jamie.
- Ash, spieprzaj stąd. Bo opowiesz Justowi jak wyglądam i nie będzie chciał za mnie wyjść! – zaczęłam się śmiać, podbiegłam do łóżka i rzuciłam w niego poduszką.
- Spokojnie, nic mu nie powiem – powiedział, w locie łapiąc piłkę, zanim zdążyła się zatrzymać na jego ciele. – Wiesz, chyba jednak dobrze, że się z tobą nie żenię. Wyglądasz jak straszydło. Coś ty zrobiła ze sobą?! – zaśmiał się.
- Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, Ashi, ale to było nikczemne. Nieładnie tak do dziewczyny.
- A do chłopaków ładnie? Ejj, pamiętam jeszcze jak chodziliśmy razem na piwo.. Skarbie, nie udawaj, że jakieś słowa są w stanie cię obrazić. – Uśmiechnął się uroczo i podszedł do łóżka, na którym siedziałam, a Jamie spojrzała na niego istnym wzrokiem zabójcy.
- Nazwałeś mnie właśnie.. Skarbem?
- Nom. Przyznaję, że tak właśnie zrobiłem.
- O, fajnie. Rozumiem, że humorek dopisuje.
- Tak, po dzisiejszej nocy bardzo mi dopisuje.
- Ashton! – krzyknęła Jamie. – Może napisz od razu na Twitterze, że się kochaliśmy, co?!
Ashton zaczął się cicho śmiać pod nosem i wyszedł. W sumie miło z jego strony, że pozwolił mi korzystać ze swojego domu i że wesele może się odbyć w jego salonie. Może nie jest taki zły jak mi się wydawało.
Dziewczyny zaczęły ze sobą rozmawiać, jak to dziewczyny, na temat seksu z Ashtonem. Ja miałam dość, zrobiłam skwaszoną minę i zabrałam kosmetyki do łazienki. Nienawidzę słuchać pytań typu „Ma dużego?”, albo odpowiedzi typu „Wszedł tak głęboko, że ujrzałam Jezusa”… Matko, to wkurwiające, kiedy ja nic o tym nie wiem. Może gdybym już była po nocy poślubnej sprawiałoby mi to jakąś radość. Ale tak.. To po prostu nie ma sensu.
Makijaż sobie zrobiłam delikatny, no dobra może nie aż taki delikatny. Powieki całe białe, lekko z brokatem, rzęsy doczepiłam (też białe), policzki miałam delikatnie zaróżowione, a usta po prostu muśnięte na różowo. No ale znowu przecież nie miałam 5 kilo tapety, którą trzeba by było szpadlem ze mnie zdejmować. Właściwie to tapety nie miałam w ogóle. W zgrabnie ułożone (jak nigdy!) włosy wpięłam biały kwiat storczyka. Muszę przyznać, że całość prezentowała się całkiem nieźle.
- Moon, my idziemy już na plażę, za 10 minut się zacznie! Nie mogę uwierzyć, że jako pierwsza z nas bierzesz ślub! Aww, i to z kim?! Z Justinem Bieberem! – krzyczała zza drzwi, podekscytowana Sarah.
- Dobra, świadkowie, spieprzajcie już stąd i przestań tak krzyczeć, Sarah – westchnęłam.
- Okej, jak będziesz czegoś potrzebować drzyj się w niebogłosy.
Poszły sobie, a ja założyłam długie kolczyki z białymi piórkami. Potrząsnęłam głową i przeszły mnie ciarki, kiedy pióreczka mnie połaskotały. Uśmiechnęłam się do lusterka i wyszłam z toalety. Włożyłam białe buciki na stopy. Były dosyć wysokie, ale nie martw się, umiałam w nich chodzić.
Podeszłam do okna i spojrzałam na wzgórze. Przypomniało mi się jak chciałam skoczyć, bo myślałam, że Justin to zrobił. I od razu wróciły do mnie wspomnienia Justina – Samobójcy, zrozpaczonego i kompletnie bez życia. Jednak tamte wspomnienia szybko zamaskowały nowe wspomnienia.. Justina szczęśliwego, będącego ze mną, wracającego do kariery i śpiewającego dla fanów.
Ze świadomością, że zmieniam czyjeś i swoje życie byłam w stanie ruszyć tyłek i pójść spełnić najskrytsze marzenie – wziąć ślub z mężczyzną, władającym całym moim światem, dla którego byłam gotowa skoczyć z klifu i który był gotowy postawić wszystko do góry nogami, żeby tylko móc być ze mną.
Nastała pora na ostatnie poprawki i przejrzenie się w lustrze. No i w końcu wyszłam. Wyszłam z sypialni, skierowałam się do drzwi głównych, opuściłam dom Ashtona na jakieś 30 minut i z maleńkim bukiecikiem kwiatów ruszyłam prosto na plażę, kamiennymi schodami. Kiedy stałam na pierwszym z nich zakręciło mi się w głowie, więc wzięłam głęboki wdech i powoli wypuściłam powietrze z płuc. Zeszłam na niższy stopień i automatycznie wszyscy goście zaczęli się obracać do tyłu, żeby na mnie spojrzeć. Usłyszałam Marsz Mendelsona i podszedł do mnie Chester.
- Wyglądasz nieziemsko. Pani pozwoli? – spytał, wystawiając do mnie rękę. Jako że mój ojciec nie mógł, właśnie on miał mnie poprowadzić do ołtarza.
Zanim jeszcze podałam mu dłoń spojrzałam na ołtarzyk, umieszczony przy samym brzegu wody. Stał tam jedynie ksiądz i Justin. Bieber był odwrócony do mnie tyłem i cały czas patrzył na horyzont. Przez dłuższą chwilę tak go obserwowałam, aż usłyszałam szeptanie gości, którzy napominali mnie, iż mam ruszyć przed siebie i podać dłoń Chesterowi. Ale wydawało mi się, że czegoś brakuje. Zacisnęłam pięść i poczułam, że nie mam na palcu pierścionka zaręczynowego od Justina.
Niezwłocznie ruszyłam spowrotem w stronę domu Ashtona, zostawiając wszystkich, myślących, że jestem „Uciekającą Panną Młodą”. Niezdarnie, pełna nerwów, otworzyłam drzwi i rzuciłam się na komodę w sypialni. Znalazłam pierścionek bardzo szybko i wsunęłam go na palec. Mienił się niesamowicie. Po raz kolejny na mojej twarzy zawitał uśmiech, zapowiadający coś nowego.
I wtedy zobaczyłam, że na łóżku leżą duże, białe skrzydła. Podniosłam je, a na pościel spadła karteczką z tekstem „Dla mojego Anioła”, tak niezgrabnie napisanym, jak liścik, który dostałam przed pamiętną oświadczynową kolacją. Poczułam, że muszę je założyć. Tak też zrobiłam. 
Rozluźniłam łopatki i najszybciej jak tylko się da w szpilkach, popędziłam do Chestera.
- Już – szepnęłam mu do ucha i wsunęłam dłoń pod jego rękę. Uśmiechnął się do mnie i położył swoją dłoń na mojej. Ruszyliśmy do przodu. Zeszliśmy po wszystkich schodkach i wtedy dopiero Justin się odwrócił. Jego twarz była wręcz przepełniona szczęściem. Zresztą tak samo jak i moja. Oczy przedstawiały radość największego stopnia, dopóki nie zmierzył mnie wzrokiem. Wtedy jego źrenice stały się większe. Stałam już krok od niego, a Chester i ksiądz coś zaczęli mówić. Zastanawiałam się o co chodzi Justinowi. Po jakimś czasie przestało mnie to ciekawić. Kapłan zadał mu pytanie „Czy ty, Justinie Bieberze bierzesz sobie tą kobietę za żonę?”, a on jakby nieobecny podniósł dłoń i dotknął moich skrzydeł. Miałam wrażenie, że są one prawdziwe i jakby zszyte z moim ciałem. Znów rozluźniłam łopatki i spojrzałam na twarz Justina. Ksiądz ponowił pytanie.
- Przepraszam, ale.. Ona jest tak piękna, że mi odjęło głos. Ja.. Ja nie wiem czy na nią zasługuję. – W końcu wydusił z siebie jakieś słowa. Tylko szkoda, że takie.
- Zapytam więc po raz kolejny. Czy bierzesz sobie tę kobietę za żonę?
Bieber spojrzał mi głęboko w oczy, a ja pokiwałam głową w górę i w dół, prawie niezauważalnie. Uśmiechnęłam się. Wziął głęboki wdech i odwrócił wzrok na kapłana.
- Nie zasługuję na nią, ale nie mógłbym spędzić ani jednej minuty bez niej. Muszę z nią być. Kocham ją bardziej niż wszystko inne. Bez niej moje życie już dawno by się zakończyło. Dlatego pragnę za nią wyjść.
Ksiądz wzdychał ciężko przez całą wypowiedź Justina, aż w końcu zadał to pytanie po raz kolejny.
- Tak – szepnął Justin, odwracając się do mnie.
W moim ciele i duszy pojawiły się takie uczucia i emocje, jakich nigdy jeszcze nie miałam. Po policzku spłynęła mi łezka i usłyszałam sakramentalną kwestię, zwróconą do mnie. Bez wahania odpowiedziałam, że „Tak”. Kapłan pozwolił nam się pocałować. Tak też zrobiliśmy. Justin objął mnie w pasie i wessał się w moje usta.
- Pani Bieber – usłyszałam za plecami i poczułam lekkie stukanie w łopatki. Opuściłam Justina usta i się odwróciłam.
- Mama! – krzyknęłam i wtuliłam się w nią.
Ogólnie cała ceremonia była fantastyczna, dokładnie taka jaką sobie wymarzyłam. Wszyscy płakali z wzruszenia, potem na weselu jedliśmy, piliśmy, tańczyliśmy i nawet urządziliśmy sobie karaoke. Po prostu zabawa do rana! Aż przebalowaliśmy całą noc poślubną… Więc nie zrobiliśmy tego, czego się obawiałam.

********
Następnego dnia poszliśmy załatwić sprawy papierkowe. Przy okazji udało nam się adoptować Marka. To teraz nasz syn. Już od czterech miesięcy. Czasem moja mama lub Pattie się nim zajmuje. Nie chcemy, żeby był sławny. Pragniemy dla niego normalnego dzieciństwa. Takiego jakie my mieliśmy.
Uhm. Jeszcze musisz wiedzieć, że.. jestem w ciąży! Trzeci miesiąc. Mój kochanek zaciążył mnie za pierwszym razem. Mówiąc „kochanek” oczywiście mam na myśli mojego kochanego męża.
„Pani Bieber” – nie wiem jak dla Ciebie, ale dla mnie brzmi to bardzo dumnie. Co najmniej jak „Królowa Elżbieta Druga”.

********
Dobra, dobra. Wiem, że trochę podła jestem, bo nie opowiedziałam jeszcze jak doszło do tego, że jestem w ciąży. A dużo by opowiadać. Może jeszcze kiedyś się dowiesz :) Nie myśl, że nie. Nie marudź, że nigdy. I pamiętaj.. NEVER SAY NEVER.
Serdecznie pozdrawiam czytelników. A zwłaszcza moją Ósemeczkę i brata Dawida :P Mam nadzieję, że nie było źle. Niedługo nowa historia.

2 komentarze:

  1. zapraszam do siebie na bloga http://when-u-smile-i-smile.blogspot.com/
    jest dopiero 1 rozdział i za niedlugo dodam już następny :)
    Buziaki ;*

    OdpowiedzUsuń