wtorek, 7 sierpnia 2012

Chapter 18.


Po przebudzeniu nie zobaczyłam nic. Tylko smugę światła, wydostającą się przez dolną część drzwi z korytarza. Wyciągnęłam się jak kot i przetarłam znużone oczy. Spojrzałam na siebie zupełnie odruchowo i zobaczyłam, że mam na sobie jedynie długą koszulę nocną. Obróciłam się, żeby sprawdzić czy chociaż Justin jest jakoś normalnie ubrany. Nie było go na łóżku. Byłam sama. Spojrzałam na elektryczny zegarek, znajdujący się na komodzie przy łóżku. 04:56. Zbyt wcześnie, żeby zwiedzać miasto. Zbyt wcześnie na opuszczanie łóżka.
- Justin! – krzyknęłam, żeby sprawdzić czy w ogóle jest w pokoju. Wstałam. Podeszłam do drzwi od łazienki. Zapukałam. Nic. Cisza. Otworzyłam je. Pusto.
Nie wiedziałam, czy mam zacząć panikować, czy może jednak wrócić do łóżka. To wszystko wydało mi się podejrzane, ale równie dobrze przecież mógł tylko wyjść na korytarz.
Złapałam klucze od pokoju, zamknęłam go, wkładając na stopy kapcie w kształcie małpek. Zupełnie nie spostrzegłam, iż wciąż mam na sobie jedynie koszulę nocną w leniwce. Rozejrzałam się wokół. Nie było żadnego śladu po nim. Zbiegłam po schodach na sam dół. Nic. Kompletnie nic. Zero. Oddałam klucze do przechowania recepcjoniście i wyszłam z hotelu. Trochę zimno było tej nocy, Szczególnie mi.
Na ulicach jak zawsze były tłumy, zwłaszcza, że nocą jest chłodniej niż w dzień. A przecież większość ludzi ma dosyć upałów. Tak, ludziom ciężko dogodzić. Jak jest zimno to chcą, żeby było ciepło, a jak jest ciepło to chcą zimno. Cóż.. Taka już nasza natura.
Zaczęłam sobie nucić jakieś entuzjastyczne piosenki, żeby nie myśleć pesymistycznie o tym, co mogło stać się z Justinem. Wtedy potknęłam się o.. chodnik. Tak wiem, to śmieszne i praktycznie niemożliwe. Jednakże ja się potknęłam. Jakaś krawędź kostki brukowej, krzywo wstawiona. Nie wiem sama co to było. Leżąc na ziemi zaczęłam myśleć logiczniej. Może poszedł do tego baru, w którym go widziałam wtedy w kapturze i tym wszystkim? Kurwa! Nie mam pojęcia. Ale zobaczyć zawsze można, prawda?
No więc udałam się do tej knajpki, a tam co? „Nieczynne” – tak pisało na drzwiach. Zajebiście po prostu. Fantastycznie! Takie coś to chyba tylko mi się może przydarzyć. Skierowałam się w drogę powrotną, w razie gdyby Justin jednak postanowił wrócić do hotelu. Jednakże przed samym wejściem coś mnie natchnęło. Zaczęłam rozmyślać o tym chłopcu, którym opiekuje się Justin – Mark’u. Właśnie, właśnie. Może poszedł do Mark’a? Chwila. Mark mieszka gdzieś niedaleko tego wodospadu, przy którym byłam na początku wyprawy. Raz kozie śmierć! Poszłam tam. Po drodze zobaczyłam jakąś parę, która chlapała w siebie wodą pod tym wodospadem. Wyglądało to uroczo. Ale.. Przyjrzałam się bardziej. Co zobaczyłam? No a co mogłam zobaczyć?!
- Jamie?! – krzyknęłam, wychodząc z krzaków i kierując się bliżej wodospadu. Owszem, to była Jamie. A kim był chłopak, który z nią był? Imiennikiem Kutcher’a. Tak, Ashton. Kurwa, Ashton. – Jamie, co wy tutaj robicie? – spytałam. Wydawałam się jakaś taka spokojna, jakbym w ogóle się nie przejęła tym, co zobaczyłam.
- To nie tak jak myślisz – powiedział Ashton i zaczął iść w moją stronę.
- Zamknij się! Nie rozmawiam z tobą. To nigdy nie jest tak jak myślę.
- Ale.. Bo.. Moon.. To naprawdę nie jest tak jak myślisz.. My tylko.. Ja tylko.. On tylko..
- Wy tylko przerabiacie grę wstępną pod wodospadem! – wrzasnęłam i zaczęłam powstrzymywać łzy, które po raz kolejny cisnęły mi się do oczu. Bo znów ktoś mnie zawiódł. I jak ja mam normalnie żyć bez wsparcia i zaufania? Czuję jakby z dnia na dzień moje serce było coraz bardziej łamane. W końcu będzie sobie żyła taka 40-letnia desperatka, służbistka, która nie zdejmuje biurowego ubrania nawet do spania. I czemu? Przez ludzi, którzy mnie otaczają. Dobra, może przesadzam. W końcu jest wokół mnie całe mnóstwo ludzi, pełnych miłości i nadziei. Kurwa, co ja pierdolę?! Widzę, że mam dobry humor, bo nawet mi jakieś pozytywne myśli do głowy przychodzą. Zresztą chuj! Chuj z tym! Mam Justina, tak? Znaczy teoretycznie.. Praktycznie to możliwe, że właśnie się jebie z jakąś laską. Ale nie, on taki nie jest. W końcu nie naciska an to, żebyśmy TO już zrobili. Zresztą nieważne. Ciągle mi do łba przychodzą jakieś czarne myśli. No i co ja robię w takiej sytuacji? Mp4 + „Just Like Them”. Nie wiem, jakaś taka ta piosenka nastrojowa. A że akurat Justina to już w ogóle zajebistość zajebistości. Jednakże nie mogłam jej włączyć w danym momencie, bo ani nie miałam odtwarzacza, ani humoru do tego. Dlatego chciałam podsumować wszystko i wrócić do poszukiwań Justina. Cóż.. Nie żałuję tego co im wtedy powiedziałam.
- Jamie, kochanie.. – Podeszłam do niej, do tej wody i złapałam ją za rękę. Woda sięgała nam do kolan. Obok stał Ash. – Ja wiem, że ty chętnie dasz dupy temu.. – Puściłam jej rękę i złapałam Ashtona za ramię. – Jebanemu chujowi, który jakby mógł to by cały dzień oglądał pornosy. No i oczywiście.. Ashton, życzę ci szczęścia z tą kurwą, która oddała się już wszystkim swoim klientom. Nie wiem czy wiesz, ale jest barmanką, a jej bar zarabia najwięcej w całym Nowym Jorku tylko i wyłącznie za to, że ta suka ma całodobowo otwartą pizdę. Serdecznie pozdrawiam i życzę szczęścia na nowej drodze życia. Mnie już nigdy więcej nie zobaczycie, żegnam.
Szczerze? Nie miałam wtedy większej weny. I doszłam do wniosku, że nie warto tracić na to czasu. Wyszłam z wody i ruszyłam dalej. W stronę plaży. Chciałam tam pobyć sama. I porozmyślać trochę. Nad wszystkim. I wszystkimi. I nad sobą. Moim życiem. I tak dalej..
A tam kolejna niespodzianka. Justin! Nie zauważyłam nawet, jak wysoko na jego widok uniosły mi się kąciki ust. Siedział przy samym brzegu ze zgiętymi w kolanach nogami, na których oparł ręce. Grzebał w mokrym piasku jakimś patykiem, mimo, że woda i tak wszystko obmywała i nie było nic widać. 
Przyszedł na plażę bez butów. Nie miał ich na nogach ani nie leżały obok na piachu. Zbliżyłam się do niego bardzo powoli, wsłuchując się w znośne piski mew. Upuścił patyk i podniósł głowę. Zatrzymałam się. Spojrzał w zachodzące słońce i przymrużył oczy. Podrapał się w kark i przejechał dłonią od czoła do tyłu głowy, mierzwiąc we włosach. Wyprostował jedną nogę, po czym oparł się łokciami o piasek za sobą. Zamknął oczy, a delikatny wiaterek ostrożnie przemieszczał się między każdym jednym jego włosem. Znów ruszyłam w jego stronę. Gdy za nim stałam odchylił głowę do tyłu i otworzył oczy, uśmiechając się.
- Skąd wiedziałeś, że tu jestem? – spytałam i usiadłam obok niego, a on śledził mnie wzrokiem.
- Myślę, że jeśli kogoś kochasz to poznasz jego niebiański zapach nawet jeśli jest 80 metrów od ciebie. Wyczułem także twój miętowy oddech. Z którym, przepraszam, ale muszę złączyć mój.
Podniósł się z powrotem do pozycji siedzącej i położył swoją delikatną dłoń na mym policzku. Zbliżył się do mnie bardziej. Pod wpływem impulsu zamknęłam oczy i zbliżyłam moje wargi do jego. W tym momencie jednocześnie chciało mi się płakać i uśmiechać. To było jakieś takie niesamowite. I chciałam więcej. Ale przypomniałam sobie co się stało, kiedy już miało do czegoś dojść.. Poza tym byliśmy na plaży. Tak więc jedyne co pozostało to ułożenie się w jego ramionach i uśnięcie. Na rozgrzanym piasku. Czując chłodne fale, obijające się o stopy. Kolejny dzień za mną.
Jakby dłużej się zastanowić to.. każdy dzień mógłby się tak kończyć. Zachodem słońca. Morzem. Szczęściem. Pocałunkiem. I wtuleniem się w ramiona Justina, które były jedynym miejscem na Ziemi, w którym czułam się bezpiecznie. Już nic mi nie groziło. Byłam całkowicie napełniona radością i świadomością, że jednak można się zakochać. I to tak naprawdę. Nie oszukując wszystkich wokół. I nie oszukując siebie.
Tak zakończył się ten wieczór.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz