Po przebudzeniu dostrzegłam, że
jestem w domku nad wodą, zbudowanym z bambusów i tego typu rzeczy.
- Jak ja się tu znalazłam? –
powiedziałam niby sama do siebie i przetarłam oczy.
- Spokojnie, ja cię tu
przyniosłem. Nie mogłem pozwolić na to, żebyś się poparzyła od słońca na tej
plaży. Nie można tak sobie zasypiać. – Uśmiechnął się Justin i podał mi
jakiegoś kokosa ze słomką, wystającą z czubka owocu.
- A skąd to masz? – spytałam,
oglądając kokos w dłoniach.
- Myślisz, że mało ich tutaj
jest? Pewien starszy mnich mnie nauczył maczetą się posługiwać..
- Widzę, że nie próżnowałeś
kiedy spałam.
- Uhm. I nawet złowiłem nam
dwie ryby na obiad.
- Nie wierzę! – zaczęłam się
śmiać. – Może jeszcze mi powiesz, że oswoiłeś jakiegoś czarnoskórego tubylca? I
nazwałeś go.. Hmm.. Piętaszek może? Bo dzisiaj jest piątek.
Justin się zaśmiał ze mnie i
usiadł na hamaku przy jakimś stoliczku, wykonanym z trzciny.
- Nie żartuj sobie. Musiałem
jakoś o ciebie zadbać. O anioły trzeba dbać. Żeby im skrzydła nie odpadły.
Przechyliłam głowę i wydałam z
siebie dziwne „aww”, a moje oczka aż się zeszkliły z wzruszenia. Nawet wargi mi
zadrżały.
- Jakie to słodkie, Justin..
Nazwałeś mnie aniołem?
- Tak. Ale tylko moim. Należysz
do mnie. I cię nikomu nie oddam. Bo to moje życie odmieniłaś.
- Chcesz żebym się rozpłakała z
wzruszenia? – Wytarłam niedbale wilgotny od paru łez policzek.
- Chyba już to zrobiłaś. –
Uśmiechnął się, szczerząc śnieżnobiałe ząbki i przypatrując mi się uważnie, a
ja wzięłam się za picie mleczka kokosowego. Było przepyszne.
- Moon, mam pytanko jedno.. –
szepnął i usiadł obok mnie na łóżku.
- Jakie? Wal śmiało..
- Masz wolny wieczór?
Spojrzałam na niego powoli i
odłożyłam kokosa na drewnianą, kolorową komodę. Robiłam przy tym bardzo poważną
minę, jakby to była sprawa życia i śmierci.
- Wiesz.. Właściwie to.. No
jasne! – Rzuciłam mu się na szyję. – Oprócz matki na tym świecie zostałeś mi
już tylko ty, przyjaciele się ode mnie odwrócili, narzeczony mnie zdradzał.. A
ty jeszcze pytasz czy mam wolny wieczór? Uważasz, że mogłabym z kimś wyjść?
Ciekawe z kim.
Poklepał mnie po pleckach i
odsunął od siebie.
- Nie licz na nic niezwykłego,
ale zapraszam cię w pewne miejsce. Nie musisz się stroić, bo we wszystkim
wyglądasz pięknie.. Mimo to na tym łóżku wieczorem będzie leżała suknia i buty,
które pragnę abyś założyła. Reszty się dowiesz potem. I nie złość się na mnie.
- Nie złoszczę się przecież..
- Ale będziesz po tym, co
będziesz zmuszona zrobić wieczorem.
- Justin, chyba nie masz na
myśli.. – Najpierw lekko zdezorientowany, potem zrozumiał co miałam na myśli.
- Nie! Broń Boże! Nigdy bym cię
nie zmusił do seksu. Jak możesz w ogóle tak pomyśleć?
- No nie wiem już co mam
myśleć..
- Najlepiej w ogóle nie myśl.
Po prostu czuj.. – Położył palec na moim czole. – To się od dzisiaj nie liczy. Od
dzisiaj ważne jest tylko to co czujesz tutaj.. – Zsunął dłoń na moją klatkę
piersiową i spojrzał mi w oczy. – W sercu.. – szepnął i zerknął na moje usta.
Nie mogłam go nie pocałować.
Wyszedł z naszej chatki i nie
zamierzał wracać zbyt szybko, więc wzięłam się za przyrządzanie rybki na obiad.
Długo spałam, więc była już godzina piętnasta.
Jak się potem okazało, Justina
nie było dłużej niż miało go nie być. Rybę zjadłam sama, obserwując przez
okienko, czy też raczej dziurę w ścianie, falujące morze. Do szesnastej
krzątałam się po chatce w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia. Do siedemnastej
trzynaście siedziałam na hamaku przy oknie i obserwowałam plażę, z nadzieją, że
mój książę wróci. Zaczęłam się denerwować. Bo co on sobie myśli? Chciał gdzieś
ze mną wyjść, a ciągle nie wraca.. No nic. Postanowiłam wyjść się przewietrzyć.
Założyłam jakieś japonki w hawajskie wzorki i przebrałam się w bordowy,
dwu-częściowy strój kąpielowy. Bo bycie na Bali, a niekorzystanie z wody jest
jak posiadanie czajnika, nie zamierzając podgrzewać wody. Na to nałożyłam
czerwone pareo z jedwabiu i ruszyłam do drzwi. Otworzyłam je i stanęłam w
progu. Rozejrzałam się wokół. Domek był oddalony od jakiejkolwiek cywilizacji.
Przede mną była jakaś dżungla, nie wiadomo co. Po lewej plaża, po prawej
kolejna plaża. Nie zamykałam chatki, bo i tak nikt tam nie chodził. Skierowałam
się w prawo. Zrzuciłam z siebie pareo i zamoczyłam jedną stopę w wodzie.
Rozpuściłam włosy, ponieważ nie chciałam zamoczyć frotki. Odrzuciłam ją w mokry
piach i wbiegłam między fale. Zanurzyłam się i zaczęłam płynąć kraulem, potem
żabką.. Następnie obróciłam się na plecy. Czułam się w pewnym sensie wolna.
Może dlatego, że miałam na sobie tak mało ubrań. A może dlatego, że woda unosiła
mnie, jakbym leciała. Wiesz, od dzieciństwa chciałam latać. To było moje
największe marzenie. Nie chodziło o to, żeby czuć ten cały wiatr we włosach.
Pragnęłam czuć się wolna. Jak ptak. Być bez żadnych zobowiązań.. Żyć na całość,
nie martwiąc się o śmierć i nie rozmyślając jak filozof o życiu.
Poniekąd tak właśnie czułam się
w wodzie. Jakby poza mną świat nie istniał. Zamknęłam oczy i rozpostarłam ręce
na boki. Brałam głęboki wdech nosem, po czym powoli wypuszczałam powietrze
ustami. Po około 10 minutach odchyliłam powieki. Nie było już tak bardzo jasno,
jednakże wciąż nie było całkowicie ciemno. Spojrzałam na brzeg i skierowałam
się w jego stronę. Wtedy usłyszałam jakiś hałas z chatki. Albo ktoś się
wkradł.. Albo wrócił Justin! Przyspieszyłam i po niedługim czasie byłam już na
brzegu. Owinęłam się swoim pareo i zaczęłam szukać frotki. Oczywiście jej nie
znalazłam. Odgarnęłam włosy z twarzy i spojrzałam na dłoń. Była czerwona. Farba
zeszła. Chwyciłam kosmyk i zerknęłam na niego, westchnęłam i się uśmiechnęłam
sama do siebie. Moje włosy były znów brązowe. Tak, jestem szatynką.
Wnet przypomniało mi się, że
miałam sprawdzić co się dzieje w chatce. Podbiegłam do drzwi i otworzyłam.
Patrzę, patrzę.. Nikogo nie ma. Wzrok opuściłam na łóżko, na którym spałam.
Były na nim śliczne buciki biało-niebieskie z kokardką, przepiękna sukienka i
liścik. Podeszłam do tego, nie zauważając, że z moich ramion zsunęło się pareo.
Chwyciłam kopertę. Pismo poznałam od razu. Niezdarne maziaje czarnym
atramentem. Tylko Justin mógł tak nabazgrać. Rozdarłam szybko sklejone miejsce
i wyjęłam kartkę papieru. Pachniała lawendą. Usiadłam na łóżko i zaczęłam
śledzić tekst w myślach. Wydawało mi się, że Justin mi to czyta na głos.
Słyszałam go w podświadomości.
„Kotku,
Od rana coś planowałem dla
Ciebie. Właściwie to dla nas..
Nieważne, w każdym razie, siedząc na
Hamaku wymyśliłem, że przygotuję
Ci coś z Markiem. Pamiętasz tego małego,
Ale poniewieranego chłopca,
którym się zajmuję? No właśnie. Z tym Markiem.
Mówiłem mu o tobie. Polubił cię
od razu, tak przynajmniej twierdzi..
Co tu dużo pisać.. Jak mnie
znajdziesz to porozmawiamy na ten temat.
I teraz tak.. Na łóżku są Twoje
rzeczy. Należą już do Ciebie. Ubierz się, a róże pokażą ci drogę.
Ej, jeszcze jedno. Przeczytaj
każdą pierwszą literę wersu. Zrobiłaś to? Więc już pewnie wiesz..”
Teraz zaczęłam rozkminiać
pierwsze litery… K-O-C-H-A-M-C-I-E.. Boże, ale on słodzi. Coś czuję, że jeżeli
w przyszłości będziemy razem spędzać czas to nie będzie mi potrzebny cukier do
kawy. Wystarczą słowa Biebera.
Odwinęłam kartkę bardziej. „PS
– Przepraszam, że jest „E” zamiast „Ę”, ale nie mogłem znaleźć żadnego wyrazu
zaczynającego się na tę literę, wybacz : )”
Zaśmiałam się i zrobiło mi się
miło, ale musiałam się zbierać. Nie wiadomo ile czasu na mnie czekał.
- Ciekawe czy będzie dobre na
mnie – wymruczałam pod nosem i poszłam się wykąpać. Wróciłam, przecierając
mokre włosy ręcznikiem i wcisnęłam się w białą, koronkową bieliznę. Jakoś lubię
koronkowe ubrania. Na to wsunęłam śliczną kieckę i włożyłam buciki. Były bardzo
wygodne i idealnie dopasowane do mnie. Podeszłam do lustra. Wyglądałam..
całkiem, całkiem. Poszłam jeszcze wysuszyć na szybko włosy i jakoś je ułożyć,
wyperfumowałam się i włożyłam kolczyki, srebrne, długie. Na nic więcej wolałam
nie tracić czasu, jednak maznęłam jeszcze delikatnie usta i powieki. Poprawiłam
biust, żeby nie było i wyszłam, tym razem zamykając domek na klucz. Mym oczom
ukazała się dróżka, usłana różami. Białymi płatkami tych pięknych kwiatów.
Oczywiście nie wpadłam na to,
że będzie mi niewygodnie iść po plaży w obcasach. Kierując się w lewą stronę, w
końcu zdjęłam buciki. Na ziemi około 14 metrów ode mnie był jakiś napis.
Ułożony z malutkich kamyczków. Podbiegłam.
„Kocham Cię, Aniołku” –
przeczytałam i roześmiałam się cicho. Byłam pewna, że to Justin mi to ułożył.
Potem zobaczyłam wbitą w ziemię gałązkę palmową. Na każdym listku było jedno
słowo. Z trudem w tych ciemnościach się doczytałam. Ale dałam radę. „Tu Cię
znalazłem po tym jak wyrzuciłaś moje żyletki, ratując mi życie. Od tej pory ono
się zmieniło. Właśnie dzięki Tobie. Dziękuję Ci, kochanie”. Puściłam ostatni
listek i się uśmiechnęłam. Byłam dumna, że odmieniłam czyjeś życie. To całkiem
miłe uczucie, być czyimś Aniołem Stróżem.
Dalsza różana droga
doprowadziła mnie do Marka, siedzącego na kamieniu. Miał na sobie garnitur, w
którym jako mały chłopiec, wyglądał uroczo. Wstał i aż otworzył buźkę na mój
widok. Wsunęłam buty na stopy, bo tu nie mogłam już ugrzęznąć w piachu. 8-latek
złapał mnie za dłoń.
- Mogę tak wyglądać? Czy jest
źle? – spytałam po cichu.
- Wygląda pani olśniewająco.
Najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widziałem. A widziałem wiele. – Uśmiechnął
się i pociągnął mnie w głąb tej całej dżungli.
- Nie przesadzaj z tym
pochlebianiem mi.. Wiesz.. Z charakteru jesteś dość podobny do.. – W tym
momencie mi przerwano.
- Do mnie? – Usłyszałam za
plecami i się odwróciłam, bardzo powoli.
- Justin?
- Tak, skarbie, to ja. –
Wyszedł zza liści i chwycił mą dłoń ostrożnie. Spojrzał mi bardzo głęboko w
oczy i przejechał grzbietem dłoni po moim policzku.
- Nie myślałem, że ujrzę w moim
życiu coś tak pięknego. Nie masz nawet pojęcia jaka nierealna się wydajesz.
Jednak wierzę, że nie rzuciłaś na mnie czaru. Ufam, że to Bóg mi cię zesłał, a
ty nie masz z tym nic wspólnego..
- Żebyś wiedział! Nie miałam
pojęcia, że cię zauroczę – zaśmiałam się.
- Eckhem, ja tu dalej jestem –
odkaszlnął Mark, przez co i ja, i Justin zaczęliśmy się śmiać.
- Proszę, mały – powiedział
Bieber i podał mu kluczyki od naszego plażowego domku. – Możesz u nas dzisiaj
nocować. Nie chcę, żeby rodzice cię winili za to, że mi pomogłeś. Dzięki za
wszystko. – Poczochrał go po włoskach. Chłopiec pobiegł, a Justin znów skupił
całą swoją uwagę na mnie. Cmoknął mnie aluzyjnie w policzek i stając metr
przede mną, odchylił ogromnego liścia. Moim oczom ukazały się tysiące świeczek
i polana, w której centrum był stolik z dwoma krzesłami. Jednakże największe
wrażenie sprawiało gwieździste niebo z ogromnym księżycem.
- Chodź, to dla ciebie. –
Pociągnął mnie za rękę i odsunął krzesło przy stole, wciąż się uśmiechając.
Usiadłam posłusznie i zamknęłam na chwilkę oczy. Wieczór wydał mi się
niemożliwy. Jakby nie mógł mieć miejsca. Jakby nigdy nie powinien się wydarzyć.
- Kocham cię, wiesz o tym? –
powiedziałam i wodziłam za nim wzrokiem, aż usiadł na swoim miejscu.
- Wiem. Mówiłaś. – Odkrył
półmisek, w którym było pięknie pachnące, świeżo przygotowane spaghetti.
Zaciągnęłam się jego zapachem.
- Mam nadzieję, że będzie ci
smakować, bo sam zrobiłem. – Poruszył brwiami, dumny ze swojego czynu. –
Oglądałaś kiedyś Zakochanego Kundla?
- Tak. Czemu pytasz?
Nałożyłam na talerz,
przypatrując się Justinowi. Milcząc, rzucił talerz na ziemię. Wystraszyłam się,
aż podskoczyłam.
- Spokojnie – zaśmiał się. –
Chcę zjeść z jednego talerza. Z tobą. Jak w Zakochanym Kundlu.
- Mm.. – Wydałam z siebie
dźwięk zadowolenia i wraz z talerzem przysunęłam się do mojego „kundelka”.
- Smacznego – szepnął i owinął
widelec makaronem. Zrobiłam to samo. I tak jak w filmie, wzięliśmy to do buzi,
zaczęliśmy wsysać i okazało się, że jedna kluska znalazła się na obu widelcach.
Wsunęliśmy ją do ust, kończąc to soczystym pocałunkiem. Smacznie było. Objęłam
Justina szyję i zaczęłam go namiętnie całować, a on mruczał tylko z
zadowolenia, pogłębiając pocałunek. Wtedy i ja zaczęłam mruczeć. Położył dłonie
na moich plecach, przez co chciałam być jeszcze bliżej niego.
- Poczekaj, poczekaj.. To
jeszcze nie koniec. – Odłączył się od moich ust i mojego ciała. Wstał, wyjął z
kieszeni od spodni jakieś mp3 i wystawił do mnie dłoń. Wstałam i stanęłam przed
nim. Włożyliśmy do uszu słuchawki.
- Pamiętasz ten utwór? –
uśmiechnął się, podnosząc wzrok na moją twarz i schował odtwarzacz do kieszeni.
Zamknęłam oczy. Piosenka, którą
mi puścił była na pewno jego. Na początku nie mogłam pokojarzyć utworu, ale w
końcu do mnie dotarło, że była to piosenka, przez którą nie mogłam spać po
nocach. Moja ulubiona jego piosenka. Przestałam jej słuchać, po tym jak się z
nim pokłóciłam po koncercie. Na początku o tym pisałam.. Dwie dziewczyny, dwa pocałunki
itd.
- As Long As You Love Me –
szepnęłam.
- O, poznałaś – zdziwił się i
zaczął przeszukiwać wszystkie kieszenie, jakie miał. W końcu wyjął małą
kamerkę, następnie położył ją na stole i objął mnie w pasie.
- Pamiętasz jak ci mówiłem o
Marku? Na samym początku.. I o tym, że muszę się ożenić..
Podniosłam lewą brew i
spojrzałam na niego tajemniczo, bo nie rozumiałam co się dzieje. Włączył kamerę
i wyjął z kolejnej kieszeni małe pudełeczko.
- Nie, Justin, Boże, nie rób
tego.. – Bezmyślnie powtarzałam, łapiąc się za buzię i powstrzymując łzy przed
opuszczeniem kanalików łzowych.
- Moonlight, jeżeli nie chcesz
to po prostu powiesz „nie”.. – powiedział opanowany i złapał mnie za dłoń,
spojrzał mi w oczy, żebym się uspokoiła. Wziął głęboki oddech i otworzył
pudełeczko, na którego wierzchu był wyrzeźbiony mały aniołek ze skrzydełkami.
- Wyjdziesz za mnie? – odrzekł
i wpatrywał się we mnie jak w obrazek, a ja w niego. Spanikowałam. Nie
wiedziałam co powiedzieć, ani co zrobić. Położyłam dłoń na pudełku i zamknęłam
wieczko. W Justina oczach zbierały się łzy. Zalewały je. Próbował to ukryć, a
ja milczałam. Wyłączył kamerę i powoli wsunął się na krzesło, jakby oszołomiony
tym, co się przed chwilą stało. Przestał na mnie patrzyć. Zobaczyłam pierwszą
kropelkę, zsuwającą się po jego policzku. Wtedy odwrócił wzrok, jakby nie
chciał, żebym widziała jego płacz.
- Kochanie, spójrz na mnie. –
Przekręciłam jego głowę jednym palcem, żeby spojrzał mi w oczy. – Jeszcze nie
odpowiedziałam. – Uśmiechnęłam się, a on odchylił powieki. Jego zmysły
napełniły się nadzieją. Otarłam łezkę z chłodnego, bladego policzka i uklękłam
przed nim, co nie było takie łatwe w sukience i tych butach.
Chwyciłam jego dłonie i
włączyłam kamerę.
- Justin, możesz mi nie
wierzyć, ale naprawdę cię kocham i chcę dla ciebie jak najlepiej. Jeżeli
uważasz, że ze mną odnajdziesz szczęście to…
- Ja już odnalazłem szczęście.
- Jak to? W takim razie nie
rozumiem dlaczego chcesz się ze mną ożenić.
- Bo to ty jesteś tym
szczęściem. To dla ciebie wstaję rano i to dzięki tobie wydaje mi się, że
jestem wolny i mogę robić co tylko zapragnę. Nie muszę więc szukać szczęścia.
Muszę tylko o nie dbać. Dlatego chcę z nim wziąć ślub. – Uśmiechnął się beztrosko.
Pokiwałam głową na znak, że się
zgadzam na wszystko i otworzyłam pudełeczko, wyjęłam z niego pierścionek. Wydało mi się dziwne, że pierścionek to nie było zwykłe oczko tylko skrzydła. Ale przecież Justin nazywał mnie swoim Aniołem. Zrozumiałam co miał na myśłi przez taki, a nie inny pierścionek. Tylko zaparły mi dech w piersiach maleńkie diamenciki. Musiał wydac na to sporo kasy. Pewnie więcej niż ja kiedykolwiek zarobię.
W każdym razie weźmiemy ślub. Zgodziłam się. Nie zrobiłam tego dla Marka, nie zrobiłam tego dla siebie,
ani dla Justina. Nie zrobiłam tego dla jego pieniędzy. Ani sławy. Zrobiłam to
dla szczęścia miłości. Dla naszego wspólnego szczęścia.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz