piątek, 8 czerwca 2012

Chapter 13.


Po wykonaniu piosenki zszedł ze sceny, uśmiechając się do mnie, a jeden z jego tancerzy do mnie podszedł i wystawił dłoń. Złapałam go, a on zaprowadził mnie za tą scenę.
Ściskając w dłoniach bukiet zaczęłam się rozglądać dookoła, ale było pusto. Żadnego śladu po Justinie i całej reszcie ekipy. Przeszłam się parę kroków dookoła i wpadłam na.. Ashtona.
- Yy.. A co ty tu..? Śledzisz mnie? – Nie ukrywam, byłam tym trochę zszokowana i trochę oburzona. Ni stąd, ni zowąd się pojawił, a już miałam nadzieję, że go nie zobaczę. – Skończyłam z tobą, nie rozumiesz?! Czego ty do cholery chcesz?
- Chcę cię odzyskać – szepnął i się we mnie wtulił. – Ja cię kocham i nic tego nie zmieni. – pogładził mnie delikatnie po pleckach i spojrzał mi w oczy. A ja tylko rozchyliłam usta.. Rozchyliłam usta i milczałam. Poklepałam go lekko po głowie i się o niego oparłam. Jak już wspominałam.. Kocham się przytulać.
- Moon.. – Zaczął powtarzać w kółko moje imię, obdarowując skromnymi pocałunkami opuszki moich palców.
- Tak, Ashton? – spytałam i się od niego odsunęłam chwiejnie.
- Ja cię naprawdę kocham.
Patrzył mi w oczy. Widziałam szczerość. Ale nie pierwszy raz się na jego szczerości zawiodłam. Jednakże byłam samotna.. A potrzebowałam miłości tak jak każdy. I jeżeli Ashton chciał o mnie walczyć to ja nie miałam nic przeciwko temu.
Spojrzał tylko na bukiet, który trzymałam w rękach i mnie objął jedną ręką.
- Chodźmy na kawę – zaproponował. – A najlepiej chodźmy do mnie do domu, mam przepyszną kawę.
- O, serio? Wybudowałeś tu sobie dom?
- Tak, żeby być bliżej ciebie.
- A skąd wziąłeś na to pieniądze?
- No.. Byłem na rozmowie kwalifikacyjnej w stacji radiowej i dostałem pracę.
- Czyli..?
- No jestem prezenterem. Prowadzę poranny program. Właśnie tutaj, na Bali.
- To.. ciekawe. W takim razie życzę ci powodzenia. – Uśmiechnęłam się niezdarnie i patrzyłam mu w oczy. Tak, gdyby ktoś mi powiedział, że zawsze się w nich zatracałam to pewnie bym zaprzeczała, wiedząc, że to jednak prawda. Jego oczy miały kolor lazurowego oceanu. A kiedy się złościł zamieniały się w zgniły zielony. Ale nie taki negatywny-zgniły tylko pozytywny-zgniły. Większość jego ciała mnie zadziwiała. W sumie to każdy cal. Poczynając od kasztanowych włosów, układających się niesfornie na jego głowie, a kończąc na stopach, przypominających w dotyku jedwab. Dbał o siebie. Bardzo. Nawet bardziej niż ja. Tylko to właśnie był jego problem. Nikt nie mówił, że liczy się zewnątrz, bo zewnątrz się nie liczy. No bo.. No właśnie! Dalajlama! Można by spytać o co mi chodzi, ale to chyba raczej oczywiste. Dalajlama jest takim przykładem na osobę, która wyglądem nie wyróżnia się z tłumu, ale charakterem.. Gdyby charakter był na zewnątrz to dalajlama byłby jednym z najpiękniejszych ludzi na świecie. Tylko wtedy pewnie nie byłby dalajlamą i nie czyniłby dobra innym, tylko byłby modelem.. Zepsutym. Zepsutym modelem. Oczywiście nie mówię, że jak ktoś jest modelem to od razu jest zepsuty.. Boże! Stoi przede mną niezwykły i zaskakujący Ashton Quagmire, a ja myślę o dalajlamie! Co za idiotka.
- Czy ty mnie w ogóle słuchałaś? – zaśmiał się i złapał moje ramiona subtelnie.
Poruszyłam się i przestałam myśleć o dalajlamie. Podrapałam się w głowę i złapałam Ashtona za rękę.
- To idziemy do mnie? – uśmiechnął się. Tylko przytaknęłam głową i ruszyliśmy w drogę. W pewnej chwili zza drzewa przed nami wyłonił się.. Justin. Nie miałam pojęcia co tam robił w tym momencie. Spojrzał tylko na mnie z nieco zeszklonymi oczami, a potem na Ashtona. Podszedł do niego.
- Więc to jednak ty! – krzyknął i walnął go z pięści w twarz. Ashton automatycznie i bezwarunkowo się odchylił do tyłu z zakrwawionym nosem, puszczając moją dłoń.
- Justin! Oszalałeś, idioto?! Co ty robisz?
Zbliżyłam się do Ashtona, a on tylko zerknął na Justina, wycierając ręką twarz z krwi.
- Stary, o co ci chodzi do cholery? Myślałem, że się przyjaźnimy – westchnął.
Justin pociągnął Ash’a za koszulę i spojrzał mu głęboko w oczy.
- Grubo się myliłeś, bo ja cię nienawidzę, cioto!
No dobra.. Od razu zrozumiałam, że nie zanosi się to na nic dobrego. Nie miałam najmniejszej ochoty w tym uczestniczyć. Rozłożyłam ręce i się odwróciłam. Włożyłam do uszu słuchawki i puściłam sobie Augustana – Boston. Przeszłam parę kroków, skręciłam w lewo, a potem w prawo. Zobaczyłam przy okazji jak Jesse się całuje z tamtą dziewczyną. Szczerze miałam już tego wszystkiego dosyć. Bo ja oczywiście kuźwa nie mogę żyć normalnie i po prostu wziąć ślub z miłością mojego życia, bo kurwa tak się nie da.
Wchodząc do pokoju myślałam tylko o gorącej kąpieli, ale nawet na nią nie miałam sił. Opadłam bezsilnie na łóżko i momentalnie zasnęłam.
Spałam tak może z godzinkę, bo obudziło mnie pukanie do drzwi. Wyczołgałam się z łóżka i je otworzyłam, ziewając.
- Mogę?
- Właź, w końcu to twój pokój.
- A tak, masz rację.
Wszedł do środka i zaczął się kręcić w kółko przy szklanej ścianie, przygryzając swoją dolną wargę. Myślał. Skąd wiem? Bo zawsze się tak zachowuje kiedy intensywnie myśli. Tak, oczywiście to jest jednocześnie seksowne, bo nie dość, że wygląda inteligentnie to jeszcze.. Dobra, pominę to.
Podeszłam do czajnika i zagotowałam sobie wodę na herbatę, po czym spojrzałam na Justina, a on nagle stał tuż przede mną. Dosłownie kilka centymetrów przede mną. I trzymał mnie. Mocno. Za rękę.
- Moony..
- Co chcesz? Ej no, puść mnie. To boli do cholery!
Puścił moją rękę i cofnął się o jeden krok do tyłu.
- Przepraszam cię, wiem, że to było głupie, ale..
- Co ALE?! Nie dosyć ci było, że mnie śledziłeś to jeszcze mojego narzeczonego pobiłeś, tak? No gratuluję, może napiszą o tobie w Focusie, tymczasem ja wychodzę, bo nie chcę nawet na ciebie patrzeć. Rzygam już tobą.
- Co? Ale.. Ja tylko chciałem cię chronić.. Mówiłaś, że zerwałaś zaręczyny.. Okłamałaś mnie?
- Nie, nie okłamałam cię. Za to ty mnie tak. I to nie raz. Jak każdy inny facet.
- Moon.. Proszę..
- Nie! Dajcie mi wszyscy święty spokój! Wychodzę.
Ruszyłam w stronę drzwi, a on przyciągnął mnie do siebie, łapiąc mój nadgarstek w ostatniej chwili.
- Czemu ty nic nie widzisz? Czemu nie widzisz jak…
- Powiedziałam ci, żebyś dał mi spokój? Odczepisz się, czy nie?!
Puścił mnie smutno i położył okulary na półce przy drzwiach.
- O, widzę, że jeszcze masz wielkie limo pod okiem. Od Ashtona? No to brawo. Trzeba było tak nie podskakiwać. Ja nie wiem za kogo ty się uważasz.
- Kurwa mać! Zamknij się i wypierdalaj już stąd, bo teraz to ja mam ciebie dość! – krzyknął i zamknął się w łazience.
No teraz to wypadałoby pogratulować nam obojgu. Taka tam.. sprzeczka. No.. Nie to, żeby coś, ale słyszałam jego szlochanie nawet stojąc kilka metrów od drzwi do łazienki. W pierwszej chwili chciałam tam do niego pójść, ale zawahałam się i w końcu wyszłam, trzaskając drzwiami. Wkurzona znowu włożyłam słuchawki do uszu i skierowałam się holem do hotelowej kawiarni. Zeszłam kilka schodków, skręciłam w prawo i byłam na miejscu. Usiadłam na pierwszym lepszym fotelu i poprosiłam kelnerkę o Caramel Macchiato. Po chwili mi przyniosła wielki kufelek z kawą z karmelem i bitą śmietaną. Zbliżyłam się do niej i zaciągnęłam się jej rzadkim zapachem. W powietrzu unosił się dym papierosowy jakiegoś niskiego businessmana, siedzącego naprzeciwko mnie i tylko zapach kawy ratował mnie przed zemdleniem. Nagle do kawiarenki wszedł malutki chłopczyk z dużą gitarą i się do mnie dosiadł.
- Taak? Coś chcesz ode mnie? – spytałam, a on złapał mnie za rękę.
- Pewien pan kazał mi zaprowadzić najpiękniejszą kobietę w tej kawiarni do swojego domu. – Uśmiechnął się i zaczął mnie ciągnąć.
- Ale zaraz, zaraz. Jaki pan? Jesse? Chester? Ym.. Justin może?
- Nie, pan Ashton.
- Ale że Kutcher? O mój Boże! A ja taka nieubrana.
Oboje się zaśmialiśmy i wstaliśmy na równe nogi.
- Pan Quagmire.
- Quagmire? O, naprawdę?
- Tak.
- No.. Skoro się stara i mu na mnie zależy to.. No dobrze, pójdę z tobą. A jak masz na imię?
- Conor.
- O, ładnie. Zawsze lubiłam to imię.
- Jasne.
Zamilkłam i trzymałam jego rękę, kiedy prowadził mnie przez wiele skrzyżowań. W końcu dotarliśmy na miejsce. To znaczy.. No spodziewałabym się po Ashtonie wszystkiego. Ale nie tego. Nie tak zajebistego domu. To było jak.. Jak jakiś 5-gwiazdkowy hotel. Miał co prawda tylko jedno piętro, ale był bardzo obszerny, biało-brązowy. Wyglądał hawajsko, że tak powiem. Conor mnie zostawił pod drzwiami, a ja tylko lekko zapukałam. Usłyszałam jakieś szepty i drzwi się otworzyły.
- Kochanieeee! – zaczęli krzyczeć.
Byli tam wszyscy, to znaczy właściwie prawie wszyscy. Była tam i Jamie, i Sarah, i Katie, i Chester.. No i oczywiście Ashton. Tylko nie było Justina. Ale właściwie to czemu ja ciągle o nim myślę?
- Ashton! Ty ich tu sprowadziłeś?
Rzuciłam mu się na szyję. Wpadłam w euforię. Szczerze myślałam, że już ich nie zobaczę. Bardzo mi ich brakowało.
- Tak, ja. – Zaśmiał się niegrzecznie i poklepał mnie po tyłku.
- Ej, co ty robisz?! – krzyknęłam i zaczęłam się śmiać. – No dobra, teraz jestem w stanie ci wszystko wybaczyć.
Uśmiechnęłam się i złapałam go za rękę.
- Kocham cię. – Znowu się do niego przytuliłam i wessałam się w jego usta. Całą nasza ekipa momentalnie zaczęła wiwatować i się na nas rzuciła.
- Kurwa, Chester, zabierz tą rękę z mojej dupy! – krzyknęła Jamie i podskoczyła. Ja się od nich odessałam.
- Widzę, że Ches się nigdy nie zmieni – zaśmiałam się. – Jak tam u was? Katie.. Co z twoją siostrą?
- Weź, proszę cię.. Zaraz ci wszystko opowiem. Chodź.
Wzięła mnie pod rękę i zaprowadziła na taki klif za domem Ashtona. Usiadłyśmy na krawędzi i ze spuszczonymi w dół nogami się położyłyśmy, patrząc w chmury.
- Nie zamierzasz rozmawiać o swojej siostrze, prawda? – spytałam.
- No nie zamierzam. A ty zamierzasz wyjść jednak za Ashtona?
Spojrzała na mnie a ja na nią. Zaczęłam się bawić ździebełkiem trawy, które zerwałam.
- Już sama nie wiem. Ostatnio mam wrażenie, że Ashton nie jest tym jedynym.
- Poważnie mówisz?
Przekręciła się do mnie przodem i podparła na ramieniu zaciekawiona.
- Tak. Poznałam bliżej Biebera i.. No sama już nie wiem.
- Myślisz o nim ciągle?
- Tak.
- Nawet kiedy jesteś z Ashtonem?
- Tak.
- Podoba ci się?
- Tak.
- Kochasz go?
Na to pytanie nie musiałam odpowiadać, bo przyszedł do nas Ash. Katie sobie poszła, a Ash zająl jej miejsce obok mnie. I całe szczęście, bo nie mam pojęcia co bym jej odpowiedziała. Nie znałam odpowiedzi. Moje serce miało przede mną tajemnicę.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że mi wybaczyłaś. – Uśmiechnął się i odgarnął mi kosmyk włosów z twarzy, spojrzałam na niego i odwzajemniłam uśmiech. – O czym teraz myślisz? – spytał.
- O wszystkim.
- Czyli o mnie? – zaśmiał się i mnie pocałował delikatnie.
W czym był problem? W tym, że właśnie w ogóle nie myślałam o Ashtonie tylko cały czas o Justinie, z nadzieją, że zaraz go zobaczę. Nie mogłam się doczekać powrotu do hotelu mimo naszej sprzeczki. Ale przecież on mnie nie kochał. Czemu to wszystko musiało być tak pogmatwane? Ashton kochał mnie, a ja jego już nie, bo kochałam Justina, który nie kochał mnie..
- Milczenie wezmę za potwierdzenie – uśmiechnął się Ashton i złapał moją dłoń.
- Może chcesz teraz ze mną zamieszkać w tym domu?
Zaczął obracać powoli naszymi dłońmi i je obserwować, jakby widział w tym jakąś magię. A ja myślałam tylko o tym, że gdybym z nim zamieszkała to już w ogóle bym się nie widywała z Justinem. Musiałam z tego jakoś wybrnąć.
-  Nie! – zajebiście zaczęłam, nie powiem. – To znaczy.. No lepiej nie, jeszcze by cię to kusiło.
Położyłam sobie jego rękę na pupie i się zaśmiałam. Odpowiedział mi na to seksownym mruknięciem w usta i pocałunkiem.



Widzę, że niestety nie roi się od komentarzy.. To nie jest miłe i oznacza, że wszyscy mają w dupie tego bloga. Więc jeżeli nadal mam dodawac posty to nie pogardzę jakimś komentarzem..
                                                                                                    ~Pynio.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz