czwartek, 8 marca 2012

Chapter 10.

- Justiiiin… Proszę, obudź się..  – szeptałam, przetarł oczka. - Mógłbyś podać mi kule?
Dobrze, to nie było miłe, że obudziłam go o 3 nad ranem i prosiłam, żeby mi podał kule. Ale musiałam iść do toalety i nic nie mogłam na to poradzić.
- Moony.. Już ci daję.
Wstał ospale z łóżka i spojrzał na mnie. Wtedy się uśmiechnął. Podał mi te kule, a ja się a nich podciągnęłam do góry.
- Justin, przepraszam, że cię tak obudziłam. Możesz już iść spać. Proszę, nie przemęczaj się dla mnie. Wyśpij się.
- Nie, skarbie.. Potrzebujesz czegoś? Chcesz może żebym ci pomógł jakoś?
Popatrzyłam mu w oczy, wyglądał tak, jakby chciał być potrzebny.
- No okej, okej. Otwórz mi drzwi od łazienki.
Uśmiechnęłam się, a Justin otworzył mi te drzwi od łazienki. Weszłam tam powoli.
- Moonlight, może cię przytrzymać? Czy coś..
- Tak, Justin. Oczywiście. Jeszcze jakbyś mógł to zdejmij mi majtki, posadź mnie, podetrzyj, spłucz po mnie, załóż mi majtki z powrotem i potem się uśmiechnij. – Spojrzałam na niego z przymrużonymi oczami, kiedy on się wziął za łapanie moich majtek. Szybko chwyciłam jego ręce.
- Hej, hej, hejjj.. Co ty robisz, kotku? – podciągnęłam swoje majtki.
- No co? Miałem ci pomóc się załatwić.
Zaczęłam się z niego śmiać.
- Justin, po prostu idź spać. Ja sobie poradzę.
- Przecież sama mówiłaś..
- To był sarkazm, idź już, koteczku.. – cmoknęłam go w usta.
Wyszedł w końcu, a ja z trudem przystąpiłam do załatwiania potrzeb. Kiedy po sobie spłukałam i wstałam na jednej nodze, poślizgnęłam się i wywaliłam na podłogę. Poczułam jakiś ból z tyłu głowy i nie potrafiłam wstać.
Przyrżnęłam tak mocno i hałaśliwie, że Bieber szybko przybiegł.
- Co to za hałas? Hyy.. Boże.. Co ci się stało? Co ty zrobiłaś?
Do oczu zaczęły mi napływać łzy, bo wiedziałam, że długo tak nie pociągnę. Ja nie potrafiłam żyć bez tej nogi. Co chwilę się wywalałam i potykałam. 
W tamtym momencie Justin pomógł mi umyć ręce i zaniósł mnie do łóżka. Okrył mnie potem pościelą i pocałował w czółko. Pogłaskał mnie po głowie i wrócił do swojego łóżka. Zasnęłam.
Rano  nie potrafiłam się przebudzić, ale kiedy to już się stało zobaczyłam Justina przy moim łóżku.
- No śpiochu, już południe. Myślałem, że się w ogóle nie obudzisz.
- Aww.. Martwiłeś się?
- Oczywiście, że się martwiłem. A co myślałaś?
Wtedy zauważyłam, że mam na głowie jakiś zimny okład. Zdjęłam to z czoła.
- Justin, co to jest?
- No zimny okład.
- Ale po co?
- Opowiem ci, jak to było.. Więc.. Zabrałaś mi te żyletki i pobiegłaś na plażę, twoja łódka wylądowała gdzieś na skałach, a ja znalazłem cie na brzegu, walnęłaś chyba głową o te skały i miałaś lekki wstrząs, ale już wszystko w porządku. Wypisali cię ze szpitala i w końcu się obudziłaś…
- C-Co? Co ty mówisz? Przecież ja się obudziłam na plaży, a w szpitalu mi amputowali lewą nogę..
- Weź lepiej ten okład na głowę połóż z powrotem.
Wtedy spojrzałam na swoją prawą nogę. Była cała. Spojrzałam trochę w lewo i podwinęłam kołdrę. Nie byłam w stanie uwierzyć własnym oczom. MOJA LEWA NOGA BYŁA CAŁA. Nie mogłam w to uwierzyć. Prędko się podniosłam i zaczęłam skakać, nie zdając sobie sprawy z tego, że miałam na sobie tylko bieliznę i jakąś czarną koszulę Justina. Złapałam go za rękę, przyciągnęłam do siebie i zaczęłam tańczyć. To nie było zbyt normalne, ale szargał mną zachwyt i inne niezrozumiałe emocje. Wierzyłam, że naprawdę straciłam tą nogę, a okazało się, że jednak nie.
- Justin, kocham cię! – krzyknęłam i rzuciłam się na niego.
Odsunął mnie od siebie niepewnie i spojrzał mi w oczy zdziwiony.
- Co ty powiedziałaś?
Zaczęłam się zastanawiać czy dobrze zrobiłam, że mu wyznałam miłość. Niby go kochałam, ale to było trudne.
- Możesz powtórzyć co powiedziałaś?! – podniósł głos.
- Powiedziałam, że cię kocham.. – szepnęłam cichutko, licząc, że nie usłyszał.
Przez chwilę patrzył na mnie groźnym wzrokiem, ale wybiegł z apartamentu, trzaskając drzwiami. Sprawiał wrażenie jakby się bał, że mi zrobi krzywdę.
Nie biegłam za nim, bo nie było takiej potrzeby. Rozejrzałam się, byłam w pokoju Justina. Pewnie przeniósł mnie tutaj, żeby mnie pilnować. W końcu straciłam przytomność.
Spojrzałam na siebie w dużym lustrze i rozpięłam tą koszulę, rozczochrałam włosy i włączyłam muzykę. Szczególnie dwie piosenki: Kiss me, Kiss me i Soul For Sale z filmu Big Love. Spojrzałam jeszcze raz na siebie. Nie miałam na sobie nic specjalnego, moja bielizna ograniczała się do białego stanika i białych majtek. Tylko Justina koszula była niezwykła. Pachniała nim. Pachniała jego perfumami, jego miętowym i zimnym oddechem, pachniała jego wspomnieniami i teraźniejszością. Zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo go potrzebuję i jak bardzo mi na nim zależy. Pragnęłam go w tamtej chwili, ale jego nie było. Nie wiedziałam gdzie był. Chciałam zobaczyć jego ciemno-jasne włosy, jego nieskazitelną cerę, jego równiutkie czoło, brązowe oczy, usta o kształcie serca, jego długą szyję, chude ręce, długie palce, umięśniony i szczupły tors, chciałam zobaczyć jego nogi, jego brwi, rzęsy, jego stopy, nawet jego tyłek i.. wiadomo co. Miałam ogromne pragnienie zobaczenia go w tamtym momencie. Chciałam rzucić mu się na szyję i zacząć go obdarowywać pocałunkami. Chciałam się z nim kochać. Wiele chciałam.
Nie mogłam tak trwać w zamyśleniu, więc włączyłam Chris Brown – Turn Up The Music. Wszystkie moje rzeczy były w tym pokoju, który de facto był pokojem Justina. Chyba tak długo się mną zajmował, że musiał mnie przemeldować do swojego pokoju. Nieważne. Zaczęłam sobie tańczyć, śpiewać i przeglądać swoje ubrania. Wzięłam do ręki jakieś szpilki, położyłam je na podłodze, wybrałam sobie bieliznę.. Czerwoną, koronkową.. Nową.. Ale mniejsza o to. Założyłam obcisłą, ale wygodną sukienkę. Spięłam włosy w jakąś niebanalną fryzurę i pomalowałam rzęsy. Wzięłam jakąś krwisto-czerwoną szminkę i musnęłam nią moje pełne usta. Zobaczyłam, że moja farba do włosów powoli się zmywa i z czerwonych z powrotem stają się jasno-brązowe. Ale trudno. Założyłam buty i wzięłam torebkę, schowałam do niej komórkę i wyszłam z apartamentu. Zamknęłam drzwi i kluczyk zostawiłam w recepcji, w razie gdyby Justin zamierzał przyjść przede mną.
Poszłam na miasto, skierowałam się w stronę najlepszego i najpopularniejszego klubu „Rockers”. Gdy tylko bramkarz mnie wpuścił i otworzył mi drzwi, zobaczyłam morze dymu, świateł i ludzi. Dj puszczał akurat LMFAO – Sorry For Party Rocking. Zaczęłam sobie nucić tą muzykę i powoli dostosowywać się do tej atmosfery. Podeszłam do barku i usiadłam na tym krześle. Zamówiłam sobie najmocniejszego drinka i zobaczyłam Justina przy drugim końcu lady. Popatrzyłam się na niego uważnie i przejechałam go całego wzrokiem. Był bardzo seksownie ubrany. Potem zauważyłam jeszcze kilka sławnych osób. Najwyraźniej trafiłam na środek jakiejś imprezy dla VIP-ów. Nie wychylałam się. Dostałam mojego drinka i złapałam za kieliszek. Bieber do mnie podszedł i usiadł obok.
- Co tu robisz?! – krzyknął, żeby zagłuszyć muzykę.
- Dobrze się bawię, a co?! Coś ci się nie podoba?!
- Przeciwnie. Dobrze, że chcesz zapomnieć o Ashtonie.
- Co? Kurwa, zamknij lepiej ten swój ryj, jak masz mówić o Ashtonie. – Nie wiem czemu, ale na samą myśl o Ashtonie miałam ochotę wyrwać Justinowi jaja. Po co on o nim w ogóle wspomniał?
- Chodź! – krzyknął, złapał mnie za rękę i zaprowadził do takiego dosyć ciasnego korytarza przed ubikacją, gdzie już było dosyć cicho. Jednak nadal dobiegała z sali muzyka.
- Zostaw mnie! – wrzasnęłam i wyrwałam rękę z jego uścisku.
- Uspokój się, kobieto! Ja chcę ci pomóc.
Zrobiłam poker face.
- No wiesz co? Ja myślałam, że to ty potrzebujesz pomocy. Właściwie to co ci się tak nie podoba na tym świecie, że chcesz umrzeć i że się tniesz? Ja ci się nie podobam?! Nie kochasz mnie! Uciekłeś kiedy ci wyznałam miłość..
- Nie, to nie tak.. Kocham cię, ale.. zapomnijmy o tej i o tamtej rozmowie w hotelu. Tak będzie najlepiej.
- Jak zawsze, jak każda inna pierdolona gwiazdeczka myślisz tylko i wyłącznie o sobie! Wal się! – Wybiegłam z tego korytarzyka na salę pełną pijanych, tańczących lub po prostu dobrze się bawiących ludzi. Wbiłam się w środek tłumu tanecznym krokiem i pod samą sceną sobie tańczyłam jakby nigdy nic. Starałam się nie myśleć o Justinie i zapomnieć o tym wszystkim.
Światła zgasły, muzyka ucichła. Przestaliśmy wszyscy tańczyć i zaczęliśmy gwizdać i bić brawo dla dj’a. Na scenę wszedł jakiś wysoki chłopak z gitarą. Na początku nie mogłam go poznać, bo minęło parę lat od kiedy ostatnio go widziałam. Miał krótkie, troszeczkę może dłuższe włosy w kolorze ciemny blond, piękne, niebieskie oczy i śliczny uśmiech.
Usiadł z tą gitarą na krześle na środku sceny, poprawił sobie mikrofon. Wyglądał na zdenerwowanego. Uśmiechnął się do tłumu, potem spojrzał na mnie i uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłam ten uśmiech, bo był bardzo sympatyczny i sprawiał wrażenie, jakbym go skądś znała. Tak, szybko zapomniałam o Justinie.
Chłopak, czy też raczej mężczyzna, chwycił jedną ręką za szyjkę gitary a drugą oparł swobodnie na gitarze. Odgarnął włosy z czoła i uśmiechnął się po raz kolejny. Westchnął głośno na odstresowanie i napił się łyczka wody ze szklanki. Złapał piórko w dłoń (czy też kostkę, jak kto woli). Przejechał po strunach delikatnie i spojrzał na mnie. Puścił mi oczko, a ja się rozejrzałam czy to na pewno było do mnie.
Obserwowałam go uważnie kiedy zaczął grać. W końcu się zaczęło. Zaczął śpiewać.
- I don’t want another pretty face,
I want just anyone to hold.
I don’t want my love to go to waste.
I want you and your beautiful soul.
You’re the one I want to chase.
You’re the one I want to hold.
I won’t let another minute go to waste.
I want you and your beautiful soooooul…
Jego palce bardzo delikatnie grały na gitarze, a jego głos jakby grał w moim sercu. Poznałam go, kiedy tylko usłyszałam jego głos. Ale nie mogłam uwierzyć, że to był on. Nie mogłam uwierzyć, że to był Jesse McCartney.. Wpatrzyłam się w jego oczy i uśmiech, a on nadal śpiewał. Śpiewał jakby dla mnie, bo patrzył tylko na mnie. 
- I know that you are someone special..
To you I’d be always faithful.
I want to be what you always needed.
Then I hope you see the heart in me…
Rozpływałam się przy jego głosie. Uśmiechałam się, a nawet tego nie kontrolowałam.
Skończył śpiewać, jak zwykle z uśmiechem na ustach. Schował gitarę i wyszedł tylnym wyjściem. Poszłam za nim. Na dworze było już bardzo ciemno. Godzina około jedenasta. 




___________________________________________________________________
Mam nadzieję, że się podoba.
Jeżeli tak to proszę o komentarze poniżej, albo chociaż o zaznaczenie, którejś z reakcji poniżej.
Bardzo mi na tym zależy, żeby ktoś, oprócz mojej bardzo dobrej koleżanki,  to czytał.
Dziękuję wszystkim za czytanie i niezanudzanie się przy tym, co piszę.
Kocham Was ;*

1 komentarz:

  1. Ja to zaczęłam czytać i mi się podoba. Super! Pisz dalej, nie przestawaj ;) Pozdro 600.

    OdpowiedzUsuń